środa, 26 sierpnia 2015

Kupione-nietrafione część III - zapachy kupione "w ciemno"

Pamiętam siebie z czasów przed perfumomaniactwem (swoją drogą nie było to tak dawno temu ;)). Kiedy ulubiony flakonik perfum (tak, liczba pojedyncza to nie przejęzyczenie - JEDEN flakonik ;)) nieubłagalnie stawał się coraz bardziej pusty, wyruszałam na długoterminowe pielgrzymki do perfumerii. Spędzałam tam zazwyczaj srogie godziny, zawracając głowy wszystkim możliwym konsultantkom i wylewając na siebie wiadra testerów - byleby tylko wybrać idealny dla mnie zapach i nie wtopić kasy. Jak jest dziś? Nie muszę mówić, każda szanująca się perfumomaniaczka zna to uczucie, kiedy czytając recenzje i analizując poszczególne nuty ogrania ją poczucie, że odkryła właśnie ZAPACH SWOJEGO ŻYCIA i nie ma absolutnie żadnej szansy, by z zakupem wstrzymać się choć jeden dzień, do czasu przetestowania zapachu w perfumeriii - wszak zawsze akurat da się znaleźć w internecie jakąś NIEBYWAŁĄ OFERTĘ i przepuszczenie jej byłoby grzechem. W 99% przypadków okazuje się, że oczywiście wyobrażenie o zapachu jest diametralnie różne od rzeczywistości. Na szczęście w wielu przypadkach powstrzymuję się w czas i kończę na zakupach próbek lub odlewek. Niekiedy jednak perfumowa chcica bierze górę nad instynktem samozachowawczym i przyznaję bez bicia, że wiele razy wtopiłam sporą kasę w zakupy w ciemno. Oto kilka moich sztandarowych i pamiętanych przeze mnie wyjątkowo dotkliwych wtop:

CHOPARD MADNESS

Natrafiłam na ten zapach, kiedy szukałam mniej skórzanej wersji Aury Loewe. W internecie perfumy Choparda wychwalano pod niebiosa, wskazując, że to prawdziwe, różane szaleństwo. Już wtedy powinna zapalić mi się lampka ostrzegawcza - wszak róża to nie jest mój ulubiony kwiat w perfumach. Jako że zapach jest już unikatem, kiedy natrafiłam na aukcję w przyzwoitej cenie, ne mogłam powstrzymać moich palców przed kliknięciem uroczej, czerwoniutkiej flaszki. Kiedy kilka później przesyłka dotarła, zdaje się, że nawet nie dałam rady użyć Madness globalnie. Zamiast zadziornych, dzikich różyczek przyprawionych pieprzem i ułożonych na suchej, drewnianej bazie, dostałam 100% zapach leciwego olejku bułgarskiego... Najbardziej klasyczny przykład róży, której niecierpię, jaki tylko mogę sobie wyobrazić... Flaszka w oka mgnieniu opuściła moje włości, ale że był to unikat, przynajmniej nie wtopiłam kasy i sprzedałam go jeszcze z zyskiem ;)

F by FERRAGAMO SALVATORE FERRAGAMO

Uwielbiam dom mody Ferragamo i obok żadnej propozycji perfumeryjnej tej marki nie przechodzę obojętnie. Większość zapachów mogę spokojnie potestować w Sephorze, ale niestety kuszące mnie swego czasu intensywnie F by Ferragamo od wielu lat nie są już dostępne w Polsce. Za zapach mojego życia uznałam je, kiedy jedna z forumowych koleżanek wychwalała ich domniemaną porzeczkowość. Ja byłam wtedy akurat świeżo po gorzkiej przygodzie z Manifesto (KLIK) i pragnęłam ukoić serce jakimś udanym wcieleniem tego owocu. Dość długo powstrzymywałam się jednak przed zakupem w ciemno. Uległam dopiero, gdy jedna z czołowych internetowych perfumerii wystawiła flaszki 30 mililitrów w super okazyjnej cenie. Coś około 30 zł. Pomyślałam, że tyle mogę wtopić. Niestety, podczas realizacji zamówienia odebrałam telefon, w którym poinformowano mnie, że zapas małych F się wyczerpał, ale mogę w okazyjnej cenie (a jakże :P) nabyć 90 ml... No cóż -  ciekawe, czy Wy byście odmówili :P... Kiedy flaszka znalazła się w moich rękach, ochoczo spryskałam się jej zawartością i... z prędkością strusia pędziwiatra pognałam pod prysznic ;). Zamiast drzewnej porzeczki otrzymałam zapach klasycznego proszku do prania. Ostrego, taniego, wiercącego dziurę w głowie. Perfumy znalazły szybko nową właścicielkę, a ja trochę żałuję, że je sprzedałam, bo buteleczka F jest fenomenalna - jedna z najpiękniejszych flaszek, jakie miałam w rękach... No ale cóż - chyba nigdy w życiu nie czułam, że pachnę tak tanio i sztucznie jak po użyciu F by Ferragamo...

PARISIENNE EDT YVES SAINT LAURENT
Kocham z całego serca Parisienne w wersji perfumowanej i uwielbiam szczerze wszelkie zimowe flankiery tego zapachu. Niestety, totalnie nie sprawdzają się one u mnie wiosną i latem, potrzebuję wtedy czegoś lżejszego. Kiedy w internecie wyczaiłam w okazyjnej cenie Paryżankę w wersji EDT, momentalnie wrzuciłam ją do koszyka i oczyma wyobraźni czułam już jej zieloność, świeżość i niebanalność. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast ciekawej interpretacji jednego z moich ulubionych zapachów, otrzymałam flakon z... popłuczynami po oryginale. EDT to dla mnie mililitr EDP rozcieńczony po brzegi wodą. Takie rozwodnione, pozbawione wyrazistości niewiadomo co. Cóż, z uroków Parisienne korzystam jedynie jesienią i zimą, bo EDT szybko została puszczona dalej w świat.



To tylko kilka wtop, które utkwiły mi w pamięci. W ciągu ostatnich miesięcy rozczarowałam się też srogo na kupionych w ciemno Elie Saab EDP Intense i Alien Aqua Chic, ale o tych wypadkach może opowiem, kiedy indziej... Zastanawiam się też, czy potrafię wskazać zapach, który kupiłam bez testowania, a który okazał się strzałem w dziesiątkę (albo chociaż w piątkę ;)) i niestety, chyba takiego nie było ;). Obecnie kusi mnie Chloe Intense :P

zdjęcia: fragrantica.pl

niedziela, 9 sierpnia 2015

Moje perfumy - lato 2015

W tym roku za bardzo nie szalałam z testami ani zakupami przed latem. Flaszki, które dokupiłam upatrzone miałam już od dawna. Moje wakacyjne perfumy muszą być oczywiście lekkie i  zwiewne, ale też niezbyt "odświeżaczowe". Odpadają też klasyczne letnie "kompociki", bo zdecydowanie odrzucam w tej porze roku słodycz i wybieram zieloność, kwaskowość i aromatyczność. Jak zawsze stawiam na wyjątkowe zapachy z serii Aqua Allegoria, które doskonale sprawdzają się w upalne dni i uzupełniam zestawienie przestrzennymi, kwiatowymi kompozycjami, które będą idealne na wakacyjne wieczory. Oto moja ulubiona ostatnio czwórka 'wspaniałych':



Chloe, L'eau de Chloe

kategoria: szyprowo-kwiatowa
nuty głowy: cytrusy, grejpfrut, cytron, brzoskwinia
nuty serca: róża, woda różana, fiołek
nuty bazy: żywica bursztynowa, cedr, paczula


Cudowne, zielone perfumy Chloe są ze mną już drugie wakacje z rzędu i jestem pewna, że prędko się z nimi nie rozstanę. Zapach ukryty w prześlicznym flakoniku nie spodoba się jednak każdemu - jest dość specyficzny i mocno retro. Pachnie trawiasto, ziołowo, lekko różanie i bardzo zielono.  Odświeża i orzeźwia, ale jednocześnie dodaje klasy i elegancji letnim stylizacjom. Moje 100 ml kupiłam za 150 zł (pachnidełko.pl)


Guerlain, Aqua Allegoria, Limon Verde


kategoria: cytrusowo-aromatyczne
nuty głowy: lima
nuty serca: trzcina cukrowa, figa, tropikalny owoc, nuty zielone
nuty bazy: fasolka tonka

Producent opisuje Limon Verde jako zapach drinka popijanego w  gąszczu amazońskiej dżungli i ja się z tym zgadzam. Zapach jest naturalnie słodki, mocno zielony i cytrusowy w bardzo niespotykany sposób. Ja wyczuwam w tej odsłonie Aqua Allegorii przede wszystkim roztartą w rękach limonkową skórkę i niedojrzałe, skryte pośród mokrego listowia figi. Myślę, że to bardzo oryginalne i wyróżniające się spośród letnich limitowanek perfumy. Doskonale sprawdzają się w ciepłe dni. Moja butelka pochodzi z Sephory - podczas sporej wyprzedaży udało mi się kupić 75 ml za 150 zł.



Guerlain, Aqua Allegoria, Pamplelune

kategoria: cytrusowo-aromatyczne
nuty głowy: grejpfrut, bergamotka
nuty serca: liść czarnej porzeczki, neroli, petitgrain
nuty bazy: paczula, wanilia

Po zużyciu wielu odlewek zakupiłam w końcu całą butlę  chyba najbardziej kontrowersyjnej Aqua Allegorii.. Wiele osób porównuje tę wodę do kociego moczu, a ja przecieram oczy ze zdumienia nad tym, jak różnie interpretować można jeden zapach. Dla mnie Pamplelune to zapach gorzkich grejpfrutów, naturalnej paczuli i roztartych w dłoniach porzeczkowych liści. Kojarzy mi się z ogrodem. Muszę też przyznać, że niesamowicie schładza ciało w upały i gdy temperatura sięga powyżej 30 stopni z reguły sięgam właśnie po nią. Ta prześliczna buteleczka dostąpiła też zaszczytu pojechania ze mną na wakacje na Południe Europy i teraz będzie mi się już zawsze bardzo miło kojarzyć. Absolutny letni klasyk! Mój egzemplarz pochodzi z allegro (sprawdzony sprzedawca) i za 75 ml zapłaciłam ok. 180 zł.


Givenchy, Ange ou Demon Le Secret, edp

kategoria: kwiatowe
nuty głowy: cytryna, liść herbaty, żurawina
nuty serca: jaśmin, lilia wodna, piwonia
nuty bazy: białe piżmo, białe drzewa, paczula

Kiedy Słońce chyli się ku Zachodowi, a popołudniowy skwar ustępuje miejsca ciepłemu wieczorowi najchętniej sięgam po cudowne perfumy marki Givenchy. Ange ou Demon Le Secret to zapach świetlisty, przestrzenny, czysty, a do tego bardzo oryginalny i niebanalny. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to jedna z najlepszych interpretacji jaśminu, jaką miałam okazję testować. Jak wiadomo ten piękny kwiat  potrafi niesamowicie męczyć i przyduszać, ale tutaj wybrzmiewa wyjątkowo delikatnie, zwiewnie i świeżo - zapewne dzięki odświeżeniu go zieloną herbatą i cytrusowością. Nie potrafię wyobrazić sobie zapachu, który bardziej pasowałby do wieczornego spaceru brzegiem plaży czy ogrodowej imprezy po zmroku. Moje 100 ml zakupiłam za około 220 zł (perfumeria.pl).


środa, 29 kwietnia 2015

Moje perfumy - wiosna 2015

Jak mogliście zauważyć w poprzednim poście, testowałam przed nadejściem cieplejszej pory roku wiele zapachów. Niestety, perfumowe nowości jakoś niespecjalnie mi podeszły i tej wiosny, o dziwo, wróciłam do kilku flakonów, których niegdyś  pozbyłam się z kolekcji. Moje wiosenne pachnidła są mocno kwiatowe, ale przełamane dość sporą dozą świeżości. Tego typu kompozycje nie sprawdzą się latem, bo mają tendencje do przyduszania, ale uważam, że doskonale komponują się z pierwszymi promieniami Słońca i wspaniale rozkwitają właśnie wiosną. Oto bohaterowie ostatnich tygodni:




Guerlain, Aqua Allegoria, Flora Nymphea, edt

W teorii:
kategoria: kwiatowa
nuty głowy: nuty zielone, czerwone owoce
nuty serca: miód, jaśminowiec, kwiat pomarańczy
nuty bazy: nuty drzewne, piżmo

W praktyce:
Flaszkę Guerlain odkopałam z szuflady po zimie i od razu odrodziła się moja miłość do tej kompozycji. Flora Nymphea to eksplozja wiosenno-letnich kwiatów przełamanych nutą kwiatowego, świeżego miodu. Nie czuję tu jednak typowych perfumeryjnych kwiatów, a raczej takie typowo ogrodowe: nagietki, margaretki, turki. Dla mnie to zapach nieco dzikiego ogrodu, wiosennej łąki. Jest dość mocny i charakterny. Co ciekawe, w nutach znajdziemy kwiat pomarańczy i jaśminowiec, które razem tworzą często duszne i ciężkie kompozycje nie do przejścia dla mojego świeżako-lubnego nosa - tutaj jednak rozkwitają zupełnie inaczej niż na ogół. Mimo iż w mojej buteleczce znajduje się jeszcze dość dużo perfum, myślę o porobieniu zapasów tego cuda. Flora Nymphea to zapach już niestety wycofany, ale póki co można go nabyć w internetowych perfumeriach w dość atrakcyjnych cenach. Moja kosztowała 150 zł na iperfumy.pl (125 ml).




Marc Jacobs, Daisy, edt

W teorii:
kompozycja: kwiatowo-drzewno-piżmowa
nuty głowy: liście fiołka, czerwony grejpfrut
nuty serca: gardenia, jaśmin, fiołek
nuty bazy: wanilia, piżmo, białe drzewa

W praktyce:
Do mojej kolekcji triumfalnie powróciła Stokrotka Marca Jacobsa. Pisałam Wam wcześniej, że uwielbiam ten zapach, ale znika ze mnie po 15 minutach. Muszę jednak przyznać, że w tym roku Daisy jest dla mnie bardzo łaskawa, bo czuję ją dobre 4-5 godzin, a i otoczenie daje znać, że "ładnie pachnę" po długim czasie od aplikacji. Yupi!!! Szalenie cieszę się z tego faktu, bo uwielbiam tę kwiatowo-drzewną, lekko słodką, nieco kremową kompozycję. Jest delikatna, świeża, ale charakterystyczna. Ma w sobie tę urzekającą nieco truskawkową nutę, która rozkłada mnie na łopatki. Kojarzy się z młodością, czystością, radością, może nawet z dzieciństwem, z czasem,  kiedy wszystko było proste, a dni mijały beztrosko na bieganiu po łące i pleceniu  wianków z mleczy. Czytałam recenzję, której autorka pisała, że tak pachnie szczęście i ja się z nią zgadzam. Moją setkę Daisy nabyłam u sprawdzonego sprzedawcy na allegro za około 180 zł (100 ml).




Guerlain, Idylle, edt

W teorii:
kompozycja: kwiatowa
nuty: piwonia, jaśmin, róża, konwalia, bez, piżmo

W praktyce:
Idylle to zapach, który nie spodoba się każdemu. Jest bardzo mocno kwiatowy, przyduszający i myślę, że część osób sklasyfikuje go jako "dla starszej pani". Ja również długi czas nie mogłam go oswoić i mimo iż uwielbiałam wąchać go z buteleczki, nie byłam w stanie nosić go globalnie. Tej wiosny poczułam jednak, że chcę dać mu szansę i nie żałuję tego. Idylle to perfumy dosyć kwiaciarniane, nie czuję w nich łąki czy ogrodu, a właśnie sklep z kwiatami pełen mokrych, ściętych kwiatów stojących w wielkich wiadrach. Nie ma tu zbyt wielu świeżych nut i w cieplejsze dni lepiej omijać to pachnidło z daleka. Kiedy jednak temperatura jest nie za wysoka, czuję się wspaniale nosząc na sobie ten olbrzymi bukiet mocno pachnących kwiatów. Poczujecie tu przede wszystkim fioletowe bzy i konwalie, pachnące bardzo naturalnie, niewiele tu chemii. Zapach jest dość zimny, a przez swoją niczym nieprzełamaną duszną kwiatowość może kojarzyć się z pogrzebem ;) Flakon jest przepiękny! Moja flaszka pochodzi z perfumerii tagomago.pl i kosztowała 125 zł (50 ml).



Trussardi, Delicate Rose, edt

W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: kumkat, yuzu, bambus
nuty serca: jabłko, lotos, jaśmin, róża
nuty bazy: piżmo, nuty drzewne, drzewo sandałowe, cedr

W praktyce:
Delicate Rose to jedno z moich największych zapachowych zaskoczeń. Rzadko podobają mi się zapachy, które z definicji oparte są na róży, ale perfumy Trussardi nie przypominają w ogóle innych kompozycji z tej kategorii! Różyczka podana jest tutaj z bardzo charakterystycznymi, kwaśnymi owocami, które dodają jej charakteru i sprawiają, że pachnie nieco zadziornie, nieoczywiście. Do tego w tle czuć bardzo przyjemną, nienachalną drzewność, która  uszlachetnia ten zapach. Wiele osób porównuje te perfumy do Chloe Roses, ale według mnie do krzywdzące porównanie dla zapachu z domu mody Trussardi. Chloe to właśnie takie delikatne różyczki i nic więcej, a Delicate Rose są zdecydowanie bardziej charakterystyczne, głębsze i mniej oczywiste. Jak widzicie moja maleńka buteleczka zmierza ku końcowi, ale jestem przekonana, że kiedy ją zdenkuję, kupię sobie całą setkę! Za ten okaz zapłaciłam około 130 zł (30 ml) w perfumerii nowaperfumeria.pl, ale to było jakiś czas temu, kiedy zapach wchodził na rynek. Obecnie za tę cenę można pewnie nabyć większą pojemność.




Zdarza mi się jeszcze dość często pachnieć Perłami Lalique, Eclat D'arpege i  Chloe Love, ale jednak powyższe kompozycje zdominowały ostatnie tygodnie. A jak u Was? Jakieś nowości specjalnie na wiosnę czy stawiacie na te same perfumy niezależnie od pory roku?






poniedziałek, 23 marca 2015

Bye, bye czyli perfumy na wylocie

Nie chcę kolekcjonować perfum, nie zamierzam trzymać u siebie perfum, które nie są moimi ukochanymi i których nie uważam za najpiękniejsze. W moim zbiorze trwa ciągła rotacja i tylko nieliczne zapachy mają zapewnione w nim stałe miejsce i mogą spać spokojnie. W poprzednim poście mówiłam Wam o szykowaniu się na wiosenne zakupy - towarzyszyły im też wiosenne porządki i oczyszczenie kolekcji z zapachów, które nie sprawdziły się u mnie albo przestały być "moje". Oto flaszki "na wylocie":


1. Gucci, Flora by Gucci, Gorgeous Gardenia




Opisywałam je w ulubionych zimowych zapachach, ale chyba, niestety, mimo częstego używania, nie do końca się u mnie sprawdziły, . Pachną obłędnie z flakonu i z bleterka, ale niestety na mojej skórze znika ich musujące, migoczące brzmienie i stają się płaskie i po prostu sztucznie słodkie. Zbyt chemiczne i plastikowe. Pewnie, mogłabym sobie zostawić tę resztkę na dnie do wąchania od czasu do czasu, ale z drugiej strony może na kimś innym będą pachnieć ładniej i bardziej naturalnie.
















2. Lancome, Tresor in love






Tresor in love to naprawdę śliczny zapach. Jest delikatnie słodki, ale nie przytłaczajacy, lekki, musujący, takie jakby owoce w szampanie. Wydaje się idealnie skomponowaną propozycją dla młodych dziewczyn. Do tego nie jest pospolity - pachnie wyjątkowo i rozpoznawalnie. Muszę przyznać, że za żaden zapach nie otrzymałam w życiu tylu komplementów! Niemal każdy mężczyzna zwraca na niego uwagę. Dlaczego więc wylatuje z mojej kolekcji? Bo niemal go nie używam, nie jest MÓJ, ciężko to wyjaśnić, po prostu nie czuję z nim chemii. Ale gorąco polecam jego testy, myślę, że może spodobać się wielu osobom :)












3. Jimmy Choo Exotic



Perfumy Jimmy Choo Exotic to stosunkowo nowy zakup i jak widzicie, zużycie jest niewielkie. Testowałam je wiele miesięcy temu w perfumerii i bardzo mi się spodobały. Kilka tygodni temu zobaczyłam je w bardzo atrakcyjnej cenie i zdecydowałam się za zakup. Jest to piękny, oryginalny zapach owocowych sorbetów podszytych charakterystycznymi nutami egzotycznych kwiatów i suchej paczuli, typowych dla kompozycji Jimmy'ego Choo. Niestety, perfumy też nie są MOJE i nie czuję się w nich komfortowo. Po prostu ja tak nie pachnę ;) Bye, bye Jimmy!









4. Elie Sabb Le Parfum Intense




Tak jak poprzednie zapachy mogłam bez problemu nosić i uważam je za ładne, tak Elie Saab w tej wersji to dla mnie wielkie nieporozumienie. Przyznaję bez bicia, kupiłam je w ciemno... Liczyłam, że skoro podstawowa wersja Elie Saab znika ze mnie za szybko i ekspresowo się rozmydla, to w wersji Intense znajdę tak poszukiwaną przeze mnie głębię i mnóstwo kwiatowego miodu. Ponieważ zauważyłam je na allegro w niesamowicie atrakcyjnej cenie kliknęłam od razu, bez testów... Zapach niestety znacznie się różni od klasyka i wzmocniony jest przede wszystkim kwiatem ylang ylang, który potrafi dla mnie zepsuć każdą kompozycję, nadając całości babcinego, duszącego charakteru. Elie Saab Le Parfum Intense lecą już do nowego właściciela, a ja po raz kolejny mam nauczkę, by nie kupować perfum bez testów ;) (Flakon jest cudowny!)

niedziela, 8 marca 2015

Testowanie - luty 2015 - w poszukiwaniu wiosennej czystości

Przygotowania do wiosny czas zacząć! Po chwilowej fascynacji zimowymi, cięższymi brzmieniami postanowiłam odświeżyć moją perfumową garderobę  i poszukać bardziej lekkich, zwiewnych i świeżych zapachów. Zachciało mi się piżma, kwiatów, czystości! Zakupiłam arsenał próbek na allegro i przystąpiłam do testów:


     Na pierwszy ogień poszla Balenciaga Florabotanica. Liczyłam na czysty, chłodny, zielony zapach. Miał być organiczny, prosty i wyjątkowy. Niestety, strasznie się rozczarowałam. Florabotanica brzmiała na mnie zbyt różanie i dosyć pospolicie, nie zauważyłam w tym zapachu nic niezwykłego. 
     Ponieważ moim ukochanym letnim zapachem jest L'eau de Chloe, a ukochanym zimowym w tym roku obwołałam Chloe edp, postanowiłam przetestować więcej perfum tej marki. Roses de Chloe nie powaliły mnie jednak na kolana. Jest to ładny, świeży, różany zapach, ale nie porwał mnie jakoś szczególnie. Dużo ładniejszą, świeższą i oryginalniejszą propozycją w tym typie jest Delicate Rose Trussardi, które to mam już w swojej kolekcji. Do tego zapach Trussardiego ma znacznie lepsze parametry użytkowe niż Chloe, która o dziwo znika ze skóry w ekspresowym tempie. 
     Przetestowałam też Chloe Love, które pachną dla mnie żonkilami i tulipanami. To śliczny i wyjątkowy zapach, ale jednak nie w moim typie. Wydaje się za mało świeży.
     Jeśli chodzi o Chloe, to w perfumerii testowałam też Chloe Love Story, ale zapach strasznie mnie rozczarował. Pachniał dla mnie jak rozwodnione Chloe edp - dosyć ładnie, ale mało oryginalnie.
     Wróciłam ponownie do testów Elie Saab La Parfum. Uwielbiam pierwsze kwiatowo-miodowe nuty tego zapachu, ale niestety dalej już nie jest tak różowo - miód szybko rozpływa się w chemicznych, zbyt mydlanych akordach i zapach nie rozwija się jakoś szczególnie. Niestety, chyba jednak na razie nie zdecyduję się na tę propozycję (szkoda, bo flakon piękny!).


     Nie wiem czemu, ale przez moment wydawało mi się, ze Chanel nr 5 w wersji Eau Premiere mogą okazać się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Niestety, posiadają w sobie charakterystyczną, babciną nutę, która nie do końca do mnie przemawia. Są też zbyt słodkie, a za mało świeże. Jeśli chodzi o Chanel, to zamierzam jeszcze potestować 19 i Cristalle.
     Strzałem w dziesiątkę nie okazała się też nowość Cartiera - La  Panthere. To bardzo ładny, słodki, lekko szyprowy zapach, ale jednak nie do końca jest w moich klimatach, trochę za dużo słodkich owoców psuje mi odbiór całości.
     Po raz kolejny powróciłam do testów Idylle Guerlaina. Tym razem postawiłam na wersję edp. Jest to mocno kwiecisty, kwiaciarniany wręcz zapach, który za pewne strasznie poddusza w cieplejsze dni.  Nie wyobrażam go sobie nosić na co dzień, ale chyba w końcu skuszę się na jakąś małą pojemność na wyjątkowe okazje, bo Idylle pachnie obłędnie.


     Hehe, aresnał próbek Narciso Rodriguez to nie przypadek. Ubzdurałam sobie, że to piżmowe kwiecie powinno być dokładnie tym, czego szukam na wiosnę. Rozpoczęłam testy od bardzo polecanej wody toaletowej NR for her, która okazała się ładnym zapachem, ale ewoluującym w zbyt kremową, zbyt mleczną stronę. NR for her eau de parfum to z kolei brzydszy brat-bliźniak Idylle. Zapachy są bardzo podobne, ale Idylle wydaje mi się bogatszy, bardziej dominujący i jeśli mam wybierać to stawiam na kompozycję Guerlain. NR for her eau the parfum intense jest fajnie podbity wetywerią, chłodniejszy niż edt i edp i byłabym skłonna do zakupu większej ilości, gdyby nie pewien szkopuł - okropnie irytująca nuta w pierwszej fazie. To chyba podduszający, babciny, nieświeży kwiat ylang ylang, który zabił dla mnie już nie jedne perfumy ;). Na koniec przyszła pora na Narciso eau the parfum, które to chyba najbardziej mi podeszły. Są chłodne, męskie, podbite wetywierią. Wydają się czyste i świeże, fizjologiczne i intymne. Od zakupu powstrzymują mnie opinie otoczenia, że pachną jak szare mydło ;) Trochę średnio wydać 200 zł na perfumy, które nie pachną jak perfumy ;) Pożyjemy, zobaczymy...

***

     Jak widzicie, żaden z testowanych zapachów mnie nie olśnił. Póki co najbliższa jestem powrotowi do Daisy Marca Jacobsa, który jest dla mnie zapachem idealnym na wiosnę - świeżym, czystym, kwiatowym, lekko musującym, nie za słodkim, ale i nie za mydlanym. Czemu się jeszcze zastanawiam? W zeszłym roku pozbyłam się flakonu Daisy, bo obraziłam się na jej skandaliczną trwałość i fatalną projekcję... Muszę jeszcze przemyśleć, czy chcę wydać kupę pieniędzy na tak kapryśną Stokrotkę...

wtorek, 27 stycznia 2015

Moje perfumy - zima 2014/2015

Zima, zima, zima. Pada, pada śnieg. Uznałam więc, że to najwyższy czas na obfotografowanie moich zimowych ulubieńców. Zima to jedyna pora roku, kiedy sięgam po naprawdę mocne i słodkie zapachy, których przenigdy nie użyłabym w cieplejszych miesiącach. Jak jednak możecie zauważyć część moich propozycji przez wiele osób jest noszona także latem ;) Cóż, straszny migrenowiec ze mnie i kiedy tylko temperatura przekracza 10 stopni przerzucam się na świeżaczki... Ale póki co mamy -1C, więc z powodzeniem używam moich słodkości. Oto i one:


Gucci Flora by Gucci  Gorgeous Gardenia (edt)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: gruszka, czerwone jagody
nuty serca: plumeria, gardenia
nuty bazy: brązowy cukier, paczula

W praktyce:
Cukier+gruszka+gardenia i to w dokładnie takiej kolejności. Nie mam pojęcia, czemu ten słodziutki, cukierkowy zapach Gucci upchnął w swej świeżakowej serii Flora by Gucci... Mimo wszystko GG nie jest przesłodzona, kwiaty dobrze ją równoważą, a całość nie przeciąża i zostawia miejsce na oddech. Cukier sprawia wrażenie naturalnego, świeżo wyekstraktowanego z trzciny cukrowej, a nie przetworzonego białego proszku, z którego powstaną ciastka ;) Zapach migoce, pulsuje, iskrzy, kojarzy mi się z kwiatkami z ogródka księżniczki. O tak, ma w sobie coś bajkowego. Nie noszę ich jakoś szczególnie często i nie zaliczam do ścisłego topu, ale jednak odkąd zrobiło się zimno i śnieżnie, co kilka dni po nie sięgam i pewnie z przyjemnością zużyję moją setkę do końca. Butelkę kupiłam na allegro od prywatnej osoby i zapłaciłam około 200 zł (był to kilka razy użyty tester).



Lanvin Eclat D'arpege (edp)


W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: liście sycylijskiego krzewu cytryny, zielony bez
nuty serca: wisteria, zielona herbata, kwiat brzoskwini, piwonia, osmantus
nuty bazy: biały cedr, słodkie piżmo, bursztyn

W praktyce:
A to mój zimowy świeżaczek. Pewnie część osób puknie się teraz w głowę - wszak Eclat D'arpege dla większości pewnie będzie idealną propozycją na wiosnę i lato, ale akurat ja używam tych perfum tylko i wyłącznie w zimnych miesiącach. Jest to mój zapach codzienny, noszę go na fitness, na siłownię. Kompozycja z domu mody Lanvin pachnie kwiatami, ale są to zimne, lodowe kwiaty. Mam wrażenie, że rosną na brzegu stawu, omiata je wiatr, a ich główki ledwo wychylają się spod śniegu. Zapach jest niesamowicie przestrzenny, pięknie wybrzmiewa na spoconym ciele, ale też fantastycznie rozwija się w mroźne dni. Myślę, że tak mogłaby pachnieć Królowa Śniegu :) Ciągnie się za mną długim ogonem, ale przez swoją świeżość nie przytłacza i nie dusi. Cudo. Swoją flaszkę dostałam dwa lata temu na Gwiazdkę i z tego co pamiętam pochodziła ze sklepu e-glamour i kosztowała około 120 zł/100ml



Chloe Chloe (edp)


W teorii:
kategoria: orientalno-kwiatowa
nuty głowy: liczi, frezja, piwonia
nuty serca: magnolia, róża, konwalia
nuty bazy: żywica bursztynowa, cedr Virginia

W praktyce:
Chloe trafiła w moje ręce dopiero w tym sezonie i szczerze mówiąc, było to nawet dla mnie wielkie zaskoczenie. Wiecie, że uwielbiam jej młodszą, zieloną siostrę - L'eau de Chloe, ale klasyczna wersja mimo wielu testów jakoś nigdy mi nie podchodziła. Kilka miesięcy temu domówiłam sobie do jakiegoś zamówienia trochę przypadkiem próbkę i... przepadłam. Perfumy te rozwijają się na mnie w cudowną, otulającą, ciepłą kompozycję. Większość kwiatowych perfum jest wręcz lodowata, a Chloe mimo dominujących kwiatowych nut rozgrzewa i zmiękcza. Nie dusi jak niektóre upiorne kwieciuchy nadające się tylko do testów nadgarstkowych ani nie przytłacza i nie dominuje jak klasyczne zimowe killery. Znalazłam w niej tę miodową nutę, której uparcie szukałam całą jesień. Za oknem śnieżyca, mróz i zawierucha, a ja siedzę przy grzejniku z kubkiem ciepłej herbaty i pachnę Chloe - idealnie. Do tego to chyba perfumy, które najdłużej się trzymają mojej skóry. Swoją Chloe kupiłam całkiem niedawno na e-glamout.pl - za 75 ml zapłaciłam około 230 zł.



Thierry Mugler Alien (edp)



W teorii:
kategoria: orientalno-drzewna
nuty głowy: jaśmin
nuty serca: nuty drzewne
nuty bazy: żywica bursztynowa

W praktyce:
Alien zupełnie nie jest w moim stylu, a jednak nie oparłam się jego niewątpliwemu urokowi. Są to perfumy duszne, przytłaczające, dominujące, wgryzające się w ubrania i skórę. Pachną drzewnie, kaszmirowo, kremowo, ale lekko gryząco. Kojarzą mi się z nocą, neonami, swiatłami, wielkim miastem, przepychem, imprezami w fancy klubach. Zdecydowanie jest to mój zapach na wyjścia. Przy użyciu codziennym muszę na Obcego uważać - oj, potrafi wywołać konkretną migrenę użyty w nadmiarze... Mimo to warto mieć takie perfumy w swojej kolekcji - na wyjątkowe okazje :) Mój Alien to prezent świąteczny. Kupiony został w perfumesco.pl za kwotę około 150zł/30 ml.

piątek, 26 grudnia 2014

A czym pachną Wasze Święta?

U mnie w tym roku króluje Alien :) Miałam go podczas Wigilii, podczas Świąt, a teraz zabieram na poświąteczną wycieczkę do Pragi. Ciepły, otulający, charakterystyczny. Idealnie oddaje magię zimowych wieczorów iskrzących się od śniegu. Chcę nadać wspomnieniom ten zapach :)