Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yves saint laurent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yves saint laurent. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2015

Jesienność w perfumach AD 2016

Kocham lato, ale kiedy nadchodzi jesień szczerze cieszę się z możliwości odkopania w zapasach ulubionych zapachów, które noszę zazwyczaj w chłodniejszych porach roku. Z jesienną aurą szczególnie dobrze  dogadują się trzy zapachy z mojej kolekcji: piękna Elle, wytworna La Panthere i elegancka Aura...


Aura edp Loewe kojarzy mi się z jesienną słotą, żółtymi liśćmi i wilgotnym, przeszytym mgłą powietrzem. Jest zapachem niezwykle eleganckim i przepięknie rozwijającym się na skórze. ..


Używam Aury w dużych ilościach, bo uwielbiam kiedy snuje się za mną obłok tego cudownego zapachu. Jest to zapach wytrawny, mocno-pieprzny i mocno-różany. To bardzo zmysłowe perfumy...


Pisząc o Aurze "zmysłowa" strzeliłam sobie w stopę, bo nie mam pojęcia, jak wobec tego określić La Panthere Cartiera. Ten zapach to kwintesencja słowa zmysłowość - jest niezwykle intymny, fizjologiczny i wyjątkowo seksowny. Oczywiście to szypr, więc nie oczekujcie seksowności wynikającej z przedawkowania wanilii... Pantera to klasa i szyk.


Na szyprowej bazie wyczuwam intensywne miodowe nuty, pochodzące pewnie z suszonych owoców, obecnych w składzie. Mój nos wyłapuje też kremową, otulającą gardenię. Zresztą nie tylko mnie zachwyciła Panterka - jak widzicie na zdjęciu, ciągnie swój do swego ;)


Ostatnią gwiazdą jesieni została Elle edt Yves Saint Laurent. Nie jest to może tak głeboka i szykowna kompozycja, jak dwie przedstawione wyżej, ale jej wyjątkowa drzewność skradła moje serce. Od dawna szukałam perfum opartych na paczuli, róży i pieprzu, ale dopiero Elle zgrywa się doskonale z moją skórą i wybrzmiewa na niej ciepło i otulająco, a nie piwniczno-ziołowo...



A Wy co wybieracie...


...drzewność Elle, szyprowość La Panthere czy skórzaność Aury???



środa, 26 sierpnia 2015

Kupione-nietrafione część III - zapachy kupione "w ciemno"

Pamiętam siebie z czasów przed perfumomaniactwem (swoją drogą nie było to tak dawno temu ;)). Kiedy ulubiony flakonik perfum (tak, liczba pojedyncza to nie przejęzyczenie - JEDEN flakonik ;)) nieubłagalnie stawał się coraz bardziej pusty, wyruszałam na długoterminowe pielgrzymki do perfumerii. Spędzałam tam zazwyczaj srogie godziny, zawracając głowy wszystkim możliwym konsultantkom i wylewając na siebie wiadra testerów - byleby tylko wybrać idealny dla mnie zapach i nie wtopić kasy. Jak jest dziś? Nie muszę mówić, każda szanująca się perfumomaniaczka zna to uczucie, kiedy czytając recenzje i analizując poszczególne nuty ogrania ją poczucie, że odkryła właśnie ZAPACH SWOJEGO ŻYCIA i nie ma absolutnie żadnej szansy, by z zakupem wstrzymać się choć jeden dzień, do czasu przetestowania zapachu w perfumeriii - wszak zawsze akurat da się znaleźć w internecie jakąś NIEBYWAŁĄ OFERTĘ i przepuszczenie jej byłoby grzechem. W 99% przypadków okazuje się, że oczywiście wyobrażenie o zapachu jest diametralnie różne od rzeczywistości. Na szczęście w wielu przypadkach powstrzymuję się w czas i kończę na zakupach próbek lub odlewek. Niekiedy jednak perfumowa chcica bierze górę nad instynktem samozachowawczym i przyznaję bez bicia, że wiele razy wtopiłam sporą kasę w zakupy w ciemno. Oto kilka moich sztandarowych i pamiętanych przeze mnie wyjątkowo dotkliwych wtop:

CHOPARD MADNESS

Natrafiłam na ten zapach, kiedy szukałam mniej skórzanej wersji Aury Loewe. W internecie perfumy Choparda wychwalano pod niebiosa, wskazując, że to prawdziwe, różane szaleństwo. Już wtedy powinna zapalić mi się lampka ostrzegawcza - wszak róża to nie jest mój ulubiony kwiat w perfumach. Jako że zapach jest już unikatem, kiedy natrafiłam na aukcję w przyzwoitej cenie, ne mogłam powstrzymać moich palców przed kliknięciem uroczej, czerwoniutkiej flaszki. Kiedy kilka później przesyłka dotarła, zdaje się, że nawet nie dałam rady użyć Madness globalnie. Zamiast zadziornych, dzikich różyczek przyprawionych pieprzem i ułożonych na suchej, drewnianej bazie, dostałam 100% zapach leciwego olejku bułgarskiego... Najbardziej klasyczny przykład róży, której niecierpię, jaki tylko mogę sobie wyobrazić... Flaszka w oka mgnieniu opuściła moje włości, ale że był to unikat, przynajmniej nie wtopiłam kasy i sprzedałam go jeszcze z zyskiem ;)

F by FERRAGAMO SALVATORE FERRAGAMO

Uwielbiam dom mody Ferragamo i obok żadnej propozycji perfumeryjnej tej marki nie przechodzę obojętnie. Większość zapachów mogę spokojnie potestować w Sephorze, ale niestety kuszące mnie swego czasu intensywnie F by Ferragamo od wielu lat nie są już dostępne w Polsce. Za zapach mojego życia uznałam je, kiedy jedna z forumowych koleżanek wychwalała ich domniemaną porzeczkowość. Ja byłam wtedy akurat świeżo po gorzkiej przygodzie z Manifesto (KLIK) i pragnęłam ukoić serce jakimś udanym wcieleniem tego owocu. Dość długo powstrzymywałam się jednak przed zakupem w ciemno. Uległam dopiero, gdy jedna z czołowych internetowych perfumerii wystawiła flaszki 30 mililitrów w super okazyjnej cenie. Coś około 30 zł. Pomyślałam, że tyle mogę wtopić. Niestety, podczas realizacji zamówienia odebrałam telefon, w którym poinformowano mnie, że zapas małych F się wyczerpał, ale mogę w okazyjnej cenie (a jakże :P) nabyć 90 ml... No cóż -  ciekawe, czy Wy byście odmówili :P... Kiedy flaszka znalazła się w moich rękach, ochoczo spryskałam się jej zawartością i... z prędkością strusia pędziwiatra pognałam pod prysznic ;). Zamiast drzewnej porzeczki otrzymałam zapach klasycznego proszku do prania. Ostrego, taniego, wiercącego dziurę w głowie. Perfumy znalazły szybko nową właścicielkę, a ja trochę żałuję, że je sprzedałam, bo buteleczka F jest fenomenalna - jedna z najpiękniejszych flaszek, jakie miałam w rękach... No ale cóż - chyba nigdy w życiu nie czułam, że pachnę tak tanio i sztucznie jak po użyciu F by Ferragamo...

PARISIENNE EDT YVES SAINT LAURENT
Kocham z całego serca Parisienne w wersji perfumowanej i uwielbiam szczerze wszelkie zimowe flankiery tego zapachu. Niestety, totalnie nie sprawdzają się one u mnie wiosną i latem, potrzebuję wtedy czegoś lżejszego. Kiedy w internecie wyczaiłam w okazyjnej cenie Paryżankę w wersji EDT, momentalnie wrzuciłam ją do koszyka i oczyma wyobraźni czułam już jej zieloność, świeżość i niebanalność. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast ciekawej interpretacji jednego z moich ulubionych zapachów, otrzymałam flakon z... popłuczynami po oryginale. EDT to dla mnie mililitr EDP rozcieńczony po brzegi wodą. Takie rozwodnione, pozbawione wyrazistości niewiadomo co. Cóż, z uroków Parisienne korzystam jedynie jesienią i zimą, bo EDT szybko została puszczona dalej w świat.



To tylko kilka wtop, które utkwiły mi w pamięci. W ciągu ostatnich miesięcy rozczarowałam się też srogo na kupionych w ciemno Elie Saab EDP Intense i Alien Aqua Chic, ale o tych wypadkach może opowiem, kiedy indziej... Zastanawiam się też, czy potrafię wskazać zapach, który kupiłam bez testowania, a który okazał się strzałem w dziesiątkę (albo chociaż w piątkę ;)) i niestety, chyba takiego nie było ;). Obecnie kusi mnie Chloe Intense :P

zdjęcia: fragrantica.pl

poniedziałek, 13 października 2014

Moje perfumy - jesień 2014

Jesienią lubię nosić perfumy smutne, kojarzące się z nostalgią, pozbawione słodyczy i zdecydowanie wyraźniejsze niż letnie. Wybieram zapachy, które fantastycznie wybrzmiewają w wilgotnym powietrzu, w deszczu. Mogę ich spokojnie używać w innych porach roku, ale to jesienią brzmią najbogaciej i najpełniej. Oto moja ukochana czwórka:



 Lalique Amethyst (edp)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: czarna porzeczka, jagoda, jeżyna, morwa, truskawka
nuty serca: piwonia, pieprz, ylang ylang, róża
nuty bazy: piżmo, wanilia, nuty drzewne

W praktyce:
Jedne z nielicznych ciekawych perfum w kategorii kwiatowo-owocowej. Muszę jednak przyznać, że z tym zapachem łączy mnie relacja typu love-hate, bo kilkukrotnie wyzbywałam się w popłochu jego odlewek lub flaszek, by za kilka miesięsy wracać doń z podkulonym ogonem. Amethyst rozpoczyna się potężnym uderzeniem leśnym owoców, które stopniowo łagodnieją podbite różą i piwonią, by na koniec zatonąć w drzewno-piżmowej bazie. Perfumy te przywodzą na myśl wilgotne, leśne knieje i muszę przyznać, że są bardzo oryginalne i niepowtarzalne. W ogóle uważam, iż Lalique tworzy piękne i niebanalne zapachy i warto je poznać bliżej. Obecną flaszkę nabyłam w super promocji w sklepie merlin.pl - za 50 ml zapłaciłam około 80 zł.




Salvatore Ferragamo Attimo (edp)

W teorii:
kategoria: kwiatowe
nuty głowy: lotos, gruszka
nuty serca: piwonia, plumeria, gardenia
nuty bazy: cedr Virginia, paczula, piżmo

W praktyce:
Attimo  to kwintesencja słowa "kwiatowy". Lubię kwiatowe perfumy, bo z reguły są wytrawne, pozbawione słodkości, jednak wiele kompozycji z tej kategorii potrafi dusić i mdlić poprzez nadmiar białych kwiatów.  Perfumy Ferragamo na szczęście pozbawione zostały dusznych  akordów jaśminu, lilii czy tuberozy, a twórca w zamian oparł kompozycję na ostrej, charakternej gardenii. Gardenia jest zdecydowanie królową w Attimo, ale wdzięcznie wtórują jej lotos i piwonia, wzbogacając zapach. Perfumy te są niezwykle eleganckie i pasują na formalne okazje, ale wspaniale sprawdzają się też na co dzień. Szczególnie lubię je nosić w chłodne, ale słoneczne dni. Moje 30 ml nabyłam na promocji w Sephorze za 129 zł. 




Yves Saint Laurent Parisienne (edp)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-drzewno-piżmowe
nuty głowy: żurawina, winyl, jeżyna
nuty serca: róża damasceńska, piwonia, fiołek
nuty bazy: paczula, drzewo sandałowe, wetyweria, piżmo

W praktyce:
Parisienne to dla mnie perfumy, które nosić mogę tylko i wyłącznie w jesienne, deszczowe, zamglone dni. Kiedy jest za ciepło albo za słonecznie brzmią dla mnie za ostro i za sztucznie, kiedy natomiast temperatura spada do koło 5-10 stopni, a powietrze przesycone jest wilgocią perfumy Yves Saint Laurent układają się przepięknie... W pierwszych akordach wybrzmiewają mokrymi, zgniecionymi czerwonymi owocami, które stopniowo przechodzą w wonne piwonie i róże. Całość jest oryginalna i dosyć ostra - chyba przez tajemniczy akord winylu. Niekiedy Parisienne zaczynają dymić, niczym palone jesienią kolorowe liście. Mimo iż są to perfumy słodkie, wydają się szalenie smutne. Kojarzą mi się z utraconą miłością, przedwcześnie zakończonym romansem, czymś, co trwało krótko i bezpowrotnie minęło. Uwielbiam jesień za to, że tak pięknie daje rozwijać się Paryżance... I ten boski flakon... Zakupiłam je za około 200 zł/90 ml w perfumerii wystawiającej towar na allegro.



Aura Loewe (edp)

W teorii:
kategoria: orientalno-kwiatowe
nuty głowy: różowy pieprz, czerwona porzeczka, liście fiołka, bergamotka
nuty serca: jaśmin, narcyz, irys, róża
nuty bazy: cedr, malina, drzewo sandałowe, skóra

W praktyce:
Aura Loewe to mój najnowszy nabytek. Zapach wybrzmiewa przede wszystkim suchą różą wymieszaną z charakternym pieprzem, a całość zbudowana jest na drzewnej, otulającej bazie. Perfumy te są lekko kremowe, ocieplające, ale w granicach, jakie akceptuję. Ogrzeją mnie w zimne popołudnia, ale nie zdominują, nie przyduszą. Pachną przyskórnie i  bardzo intymnie. Uwielbiam je nosić w deszczowe, chłodne dni. Są bardzo trwałe. Posiadam tester 80 ml, który zakupiłam w internetowej perfumerii Paco Parfum Company za 165 zł.




Szczerze mówiąc, kiedy uzupełniłam zapasy jesiennych zapachów, nie mogłam doczekać się końca lata. U mnie zdecydowanie wybór perfum zależy od pory roku. A jak jest u Was? Też kierujecie się pogodą czy raczej okazją i nastrojem? :)

niedziela, 21 września 2014

Najpiękniejsze reklamy perfum - część I

Nie da się przecenić roli jaką przy budowaniu kultowości perfum odgrywa wytworzona wokół nich otoczka - pobudzające wyobraźnię opisy producenta, coraz oryginalniejsze flakony, będące niekiedy prawdziwymi dziełami sztuki i piękne, pełne erotyzmu reklamy z udziałem czołowych "it girls" tego świata. Widzimy taką celebrytkę ubraną w strojną suknię, wijącą się w rytm hitowego utworu, za którą ustawia się wianuszek hiperprzystojnych adoratorów odzianych w idealnie skrojone garnitury i od razu nabywamy pewności, że trzymany przez nią flakonik musi kryć w sobie wyjątkowy zapach. Ja osobiście uwielbiam reklamy perfum - wiele razy dałam się im omamić i podniecona leciałam do perfumerii w dniu premiery, by przetestować, co też kryją w środku eksponowane w klipach flakony. Nie muszę chyba dodawać, że rzeczywistość bardzo często okazywała się bolesna i sensualna reklama sprytnie tuszowała banalne wnętrze ;) Dziś przedstawiam  pięć moich absolutnie ukochanych klipów, ale na pewno na tym się nie skończy i za jakiś czas będę chciała uraczyć Was kolejną porcją :) Nie przedłużając już:


Parisienne Yves Saint Laurent 

Muszę przyznać, tak zupełnie szczerze, że nie mam pojęcia, czy w ogóle miałabym te perfumy w swojej kolekcji, gdyby nie rozkładająca na łopatki reklama z Kate Moss. Kokainowa królowa w skórzanej sukience jedzie przez klimatyczny Paryż rodem z wyobrażeń wszystkich niedoszłych poetów, okładając się dorodną różą i  wspominając nocne spazmy w aksamitnej pościeli. Jakby tego było mało w tle słyszymy wypasiony cover "I Feel You" Depeche Mode, a na obraz nałożono boski, fioletowy filtr. Świat idealny. Też tak chcę. A sam zapach? Pachnie ładnie i oryginalnie, ale nie jest nawet w 1/100 tak seksowny jak jego filmowa wizualizacja.





 Ricci Ricci Nina Ricci 

Reklama Ricci Ricci to chyba najsłodsze 20 sekund, jakie kiedykolwiek uwieczniono na taśmie filmowej. Bajkowa muzyczka, przemykająca kicia, śliczne uszka, urokliwe dziewczę zaczepiające oblubieńca. A kiedy słyszę wyszeptane aksamitnym głosikiem "ricci ricci" mam ochotę lecieć do Superpharm po największą dostępną butelkę tych perfum. A potem sobie przypominam, że to rozwodniony rabarbarowy kompocik i mi przechodzi. A potem oglądam ponownie i znów zaczynam ich pożądać ;) I tak toczy się gra o moją duszę ;)





La Petite Robe Noir Guerlain

  Jeśli kiedykolwiek pragnęłam zostać sławną aktorką albo modelką to głównie po to, by stać się twarzą jakiś perfum Guerlain. Tym razem marketingowcy francuskiego kosmetycznego potentata postanowili dać prztyczka w nos wszystkim złotowłosym ślicznotkom, czekającym na angaż w kampanii Małej Czarnej i ofiarowali główną rolę wiotkiej, animowanej laleczce. Pomysł bardzo mi się podoba i zarówno ten, jak i wszystkie kolejne filmiki reklamujące LPRN są urzekające. Muszę  jednak przyznać, że zupełnie nie oddają mrocznego charakteru moich ulubionych perfum.





Shalimar Guerlain

Legendy o powstaniu Taj Mahal, miłości szaha Jahangira do swojej wyjatkowej żony i pięknie ogrodów Shalimar budują niesamowitą aurę wokół słynnych perfum Guerlain. W jakiś magiczny sposób półminutowa reklama z wijącą się w pościeli nagą Natalią Vodianovą daje radę opowiedzieć tę historię i przenieść mnie w odległy świat Orientu. Shalimar to niezwykle wymagający zapach, do którego jeszcze nie dorosłam, ale atmosfera wytworzona wokół niego  - z tą cudowną reklamę włącznie -  sprawia, że z całego serca pragnę go oswoić i powiedzieć pewnego dnia, że jest  "mój".



 

Midnight Poison Dior

Mroczna Eva Green w nowoczesnej interpretacji bajki o wyzwolonym Kopciuszku i bleterkowy test Nocnej Trucizny sprawiły, że także zapragnęłam poczuć się, jak na balu u księcia i nabyłam pospiesznie miniaturkę reklamowanego specyfiku. Niestety, okazało się, że moja skóra jest bardziej żabia niż księżniczkowa i zamiast olśniewających, balowych komnat dostałam ziemniaki w zamkowej, zawilgotniałej piwnicy ;) Ach, ta kapryśna paczula... Ale filmik przecudowny!






A jak na Was działają reklamy perfum? Macie tak jak ja jakieś guilty pleasures, które kupiliście tylko i wyłącznie z uwagi na przekonującą kampanie? A może jesteście trochę mądrzejsi i mniej podatni na wpływy? ;)






piątek, 19 września 2014

Kupione - nietrafione część I - YSL Manifesto

"Kobieta zmienną jest" jak mówi znane powiedzenie , a ja dodałabym drugą część "a w szczególności w kwestii perfum" ;) Zapach uznany podczas perfumeryjnych testów za piękny potrafi stać się po kilku godzinach straszydłem, a z perfum, które pięknie leżały na skórze zimą, latem potrafi wyjść jakaś potworna nuta. Do tego każdy zapach ma prawo się zwyczajnie znudzić albo zacząć kojarzyć z jakąś niemiłą sytuacją. W tej serii chciałam Wam przedstawić kilka flakoników, które mimo iż w chwili kupna wydawały się ósmym cudem świata, nie zagrzały długo miejsca w mojej kolekcji ;) Na pierwszy ogień moja największa trauma:

 Yves Saint Laurent - Manifesto 


źródło: wizaż.pl
Moja urzekająca historia z zapachem YSL to sztandarowy przykład, jak NIE należy kupować perfum ;) Któregoś marcowego dnia 2013 roku smętnie włóczyłam się po galerii handlowej z ewidentnie "powypłatowym" portfelem. Cel był prosty -  "coś" sobie kupić. Mierzone tego dnia spodnie  wybitnie na mnie nie leżały, nie chciało mi się zmywać makijażu, by testować podkłady, a nie zwariowałam jeszcze, by kupować sobie dla poprawienia nastroju sprzęt AGD ;) Wybór padł na perfumy. Stanęłam przed uginającym się od uroczych buteleczek krzyczących "weź mnie do domu" regałem w Sephorze i mój wzrok powędrował w pierwszej kolejności w stronę szeroko reklamowanej w tamtym czasie nowości - See by Chloe, która kusiła nie tylko spisem nut, ale i prześlicznym flakonikiem. Psik na bleterek. Mmmm, przyjemny. W tym czasie zdołała dołączyć do mnie wyszminkowana i uprzejma pani-sephorzanka i z uroczym uśmiechem zapytała "Czy pomóc pani wybrać jaki zapach?" "A tak, poproszę. Coś kwiatowo-drzewno-orientalnego". Na kolejny bleterek poleciało Belle d'Opim YSL, potem nasz dzisiejszy bohater - Manifesto. Od niechcenia psiknęłam się jeszcze Seductive Guessa, który gdzieś tam mi świtał w głowie od pewnego czasu, ale wydawał się zbyt waniliowy.

Wyposażona w cztery papierki wypsikane domniemanymi zapachami mojego życia ruszyłam połazić sobie trochę w kółko i zrobić spożywcze zakupy w Almie. Po kilku minutach wygrzebałam z kieszeni pachnące bleterki. Piękno-flakoniaste See pachniały banalnie, podejrzany o waniliowość Guess zrobił się... nieznośnie waniliowy ;), a Belle D'opium pachniały jakoś dziwnie. Wtedy mój nos wwąchał się w Manifesto i doznałam olśnienia. Pysznie soczyste czarne porzeczki uroczo wwiercające się w dymne kadzidło! Czy nie o takim zapachu zawsze marzyłam??? Biegiem do Sephory! Bo jeszcze mi wykupią!!!


"O, wróciła pani. Coś się pani spodobało?" - pani sephorzanka powitała mnie z entuzjazmem. Wskazałam na Manifesto i ekspedientka ochoczo psiknęła mi je na nadgarstek. Przyłożyłam nos i oniemiałam tego dnia po raz drugi! Ależ to piękny zapach! Spełnienie moich snów. "Biorę! Oczywiście, że biorę!" - niemal popędzałam obsługującą mnie dziewczynę. Już przy kasie spytałam jeszcze "A może mi pani powiedzieć, jakie tu są nuty?". "Bergamotka, porzeczka, konwalia, jaśmin, cedr, drzewo sandałowe, wanilia" "WANILIA???" - odezwał się mój instynkt samozachowawczy. "Ojej, ale ja nie lubię wanilii" "Niech się pani nie martwi, bardziej czuć drzewo sandałowe, taki lekki orient". "Aha, to okej". "250zł(30 ml)" "Proszę" "Dziękuję". W prezencie próbka bazy na rozszerzone pory z Sephory (czterdziesta w tym roku, aż tak je widać?) i podkładu dla murzyna ("jak się pani opali latem, będzie idealny"). W tym momencie nadal czułam, że wygrałam na loterii...

Rzeczywistość zaczęła dopadać mnie 5 minut później w tramwaju nr 3, kiedy moje dymne porzeczki na drzewnej bazie zaczęły wypuszczać z siebie smugi wanilii... Coraz mocniej i mocniej. "Ale jak to?" "Przecież pani mówiła, że wanilii nie czuć?" Kiedy dojechałam do domu minę miałam już mocno nietęgą. Trzeba też dodać, że w tym momencie mogłam jeszcze wszystko odkręcić - flakonik spoczywał nietknięty na dnie czarnej papierowej torebki i można było go bez konsekwencji zwrócić. Ale widać wanilia wykazuje właściwości neurodegradacyjne dla mózgu, bo jakby nie dowierzając w to, co się dzieje odfoliowałam kartonik, wyciągnęłam śmieszną flaszkę (gdzież jej tam do Chloe...) i spsikałam się cała od góry do dołu, chcąc sobie udowodnić, że CZUJĘ PORZECZKI CZUJĘ DYM CZUJĘ DRZEWA NIE CZUJĘ WANILII... Bull shit. CZUŁAM JUŻ TYLKO I WYŁĄCZNIE WANILIĘ. I to wanilię najgorszą z możliwych. Płaską, odświeżaczową, przypominającą esencję do ciasta. Laktację mlekiem waniliowym. Zapasy w budyniu. Ble. Fe. Ohyda. Płacz. Zgrzytanie zębów. Gdzie są moje porzeczki? Gdzie moje kadzidło? Gdzie jest moje 250 zł? To musi być zły sen. To nie dzieje się naprawdę...

Poszłam do pracy. Prowadziłam aerobik i kiedy spociłam się, miałam wrażenie, że jedzie ode mnie tą okropna wanilią na kilometr. Spróbowałam jeszcze następnego dnia. Nie dało się tego nosić. Byłam bliska popełnienia samobójstwa, kiedy czułam od siebie ten zapach. Próbowałam oglądać raz po razie boską reklamę Manifesto z cudowną Jessicą Chastain, wmawiając sobie, że chcę być jak ona. Nie. Nie. Nie. Nie chciałam mieć tego obrzydlistwa w swoim domu ani dnia dłużej. Wystawiłam na wymiankę i wymieniłam za pierwszy zaproponowany mi zapach bez wanilii w składzie. Od razu też pobiegłam na pocztę, by wysłać Manifesto jak najdalej w świat. Musiałam też wyprać pościel, bo zapach okazał się mieć mocarną trwałość i projekcję.

Do teraz kiedy czuję kogoś wypsikanego Manifesto, uciekam, a kiedy przy któryś zakupach dostałam próbkę, ze wstrętem wyrzuciłam ją od razu po wyjściu ze sklepu... Dodam jeszcze, że wielokrotnie testowałam potem pozostałe zapachy, wąchane przeze mnie feralnego dnia (z Belle d'Opium nawet zaprzyjaźniłam sie na dłużej) i KAŻDY (nawet uznany za "zbyt waniliowy" Guess) z nich byłby lepszym wyborem niż potworek od YSL. 

A czy Wam zdarzyło się kiedyś kupić aż tak niedopasowane perfumy? ;)