Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chloe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chloe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 listopada 2015

Testowanie - jesień 2015 - w poszukiwaniu cielesności

Od dłuższego czasu mam ochotę na jakiś nowy zapach. Tym razem marzy mi się coś cielesnego, fizjologicznego i intymnego. Taki zapach w stylu drugiej skóry. Poniżej opowiadam o kilku pozycjach, które tej jesieni postanowiłam potestować:


     Największe nadzieje wiązałam z nowymi perfumami marki Lalique - Living Lalique. Living przypominają testowane przeze mnie ostatnio namiętnie Reveal, ale są mocniejsze, wyraźniejsze i konkretniejsze niż perfumy Calvina Kleina. Reveal zarzucałam, że za mało w nich przypraw, a za dużo irysa i piżma, natomiast w Living proporcje te są bardziej zrównoważone. Mój nos wyczuwa od początku ostry, czarny pieprz, świeżą, cytrynową bergamotkę, aromatyczną lawendę, lekko tylko pudrowego irysa i otulający kaszmir. Może to brak dominacji piżma sprawia, że perfumy są mniej "czyste", a bardziej drzewne. Zapach jest bardzo świeży, ale mocny, zwracający uwagę. Podoba mi sie to, że czuć tu cały bukiet różnorodnych nut - widać, że ktoś poświęcił sporo czasu, by to wszystko ze sobą zmieszać we właściwych ilościach. Living Lalique są totalnie odziane z wszelkiej słodyczy. Dlaczego flakon jeszcze nie gości w mojej szafeczce? Bo dla mnie to perfumy mozno męskie. Lubię zapachy idące w stronę uniseksów, ale fajnie, gdy osłodzone są z lekka jakimś cytrusem, owocem, jakąś ostoją kobiecości. Poza tym na jesień Living wydają mi się zbyt chłodne - może powrócę do testów latem. 
     Emozione marki Salvatore Ferragammo to zapach piżmowy, kremowy, lekko mleczny. Otulający, ale nie przytłaczający. Bardzo czysty, intymny, wręcz fizjologiczny. Przypomina mi nieco Lacoste pour femme. Złotą Lacoste bardzo lubię, ale po wielu testach stwierdziłam, że jest zbyt delikatna i zbyt mało trwała. Ferragamo o dziwo wydaje się mieć lepszą projekcję i zaskakująco porządną trwałość - był bardzo dobrze wyczuwalny po około 8 godzinach noszenia (potem poszłam się umyć ;)), co na mojej kapryśnej skórze jest pewnie równe 20 godzinom na normalnej osobie ;) Pachnie w sumie dosyć liniowo, przez cały czas podobnie. Myślę, że to idealny zapach dla osób lubiących niedominujące, dyskretne zapachy dobrze współgrające z naturalnym zapachem kobiety. Idealny na codzień, jestem pewna, że nie będzie drażnił otoczenia, a z drugiej strony nie jest banalny i oklepany. Dla mnie jest jednak zbyt cielesny, brakuje mu pazura, jakiejś szczypty kontrowersji...    
     Z duża nadzieją podeszłam do testów Chloe Eau De Parfum Intense. Gwiazdą zeszłej zimy stała się dla mnie klasyczna Chloe i po cichu liczyłam na powtórkę z rozrywki. zainteresowałam się tym zapachem, kiedy w jakiejś recenzji ktoś zarekomendował go, jako zapach indyjskiego sklepu z kadzidłami. Wyobraziłam sobie dymną, jesienną różę, gęstą i oleistą. Niestety, Chloe Intense to  dla mnie kompozycja zbyt pudrowa, a za mało oleista właśnie. Nie czuję jej ciężaru, a chciałabym podczas noszenia mieć wrażenie, że mnie oblepia i krępuje mi ruchy. No i ta różyczka zdecydowanie za mało się dymi. To wciąż klasyczna Chloe, tylko przykryta warstwą pudru i odarta z odświeżających owoców. Ładne to, ale sama sobie chyba nie kupię. Dymna róża wciąż poszukiwana...
     Ostatni na liście jest zapach Bottega Veneta edp. Ta kompozycja to dla mnie chyba największe rozczarowanie, bo przekonana byłam, że po ostatniej fascynacji szyprowością, okaże się pewniakiem. Perfumy te wybrzmiewają na  mnie zbyt spokojne, zbyt liniowo i zbyt delikatne. Nie czuję ich mocy ani wyrazu. Sama kompozycja jest ładna, czuję w niej delikatne kwiaty na stonowanej szyprowo-skórzanej bazie, ale brak tu jakiegoś kopa, zwrócenia na siebie uwagi. Jest przyskórnie, bezpiecznie i od początku do końca tak samo. Nie wykluczam, że flaszka kiedyś trafi w moje ręce, przez ogólny deficyt nut szyprowych na rynku, ale szczerze mówiąc, zawartość nie wydaje mi się warta wygórowanej ceny. Tak jak w przypadku Living czułam, że ktoś poświęcił czas na odpowiednie zmieszanie składników, tak tutaj czuję, że mógł spreparować je student perfumiarstwa na poprawne zaliczenie kolokwium z współczesnych szyprów.

Cóż, póki co mój portfel się cieszy, bo żadna z testowanych kompozycji nie została oznaczona etykietką "pilnie kupić" ;).

niedziela, 9 sierpnia 2015

Moje perfumy - lato 2015

W tym roku za bardzo nie szalałam z testami ani zakupami przed latem. Flaszki, które dokupiłam upatrzone miałam już od dawna. Moje wakacyjne perfumy muszą być oczywiście lekkie i  zwiewne, ale też niezbyt "odświeżaczowe". Odpadają też klasyczne letnie "kompociki", bo zdecydowanie odrzucam w tej porze roku słodycz i wybieram zieloność, kwaskowość i aromatyczność. Jak zawsze stawiam na wyjątkowe zapachy z serii Aqua Allegoria, które doskonale sprawdzają się w upalne dni i uzupełniam zestawienie przestrzennymi, kwiatowymi kompozycjami, które będą idealne na wakacyjne wieczory. Oto moja ulubiona ostatnio czwórka 'wspaniałych':



Chloe, L'eau de Chloe

kategoria: szyprowo-kwiatowa
nuty głowy: cytrusy, grejpfrut, cytron, brzoskwinia
nuty serca: róża, woda różana, fiołek
nuty bazy: żywica bursztynowa, cedr, paczula


Cudowne, zielone perfumy Chloe są ze mną już drugie wakacje z rzędu i jestem pewna, że prędko się z nimi nie rozstanę. Zapach ukryty w prześlicznym flakoniku nie spodoba się jednak każdemu - jest dość specyficzny i mocno retro. Pachnie trawiasto, ziołowo, lekko różanie i bardzo zielono.  Odświeża i orzeźwia, ale jednocześnie dodaje klasy i elegancji letnim stylizacjom. Moje 100 ml kupiłam za 150 zł (pachnidełko.pl)


Guerlain, Aqua Allegoria, Limon Verde


kategoria: cytrusowo-aromatyczne
nuty głowy: lima
nuty serca: trzcina cukrowa, figa, tropikalny owoc, nuty zielone
nuty bazy: fasolka tonka

Producent opisuje Limon Verde jako zapach drinka popijanego w  gąszczu amazońskiej dżungli i ja się z tym zgadzam. Zapach jest naturalnie słodki, mocno zielony i cytrusowy w bardzo niespotykany sposób. Ja wyczuwam w tej odsłonie Aqua Allegorii przede wszystkim roztartą w rękach limonkową skórkę i niedojrzałe, skryte pośród mokrego listowia figi. Myślę, że to bardzo oryginalne i wyróżniające się spośród letnich limitowanek perfumy. Doskonale sprawdzają się w ciepłe dni. Moja butelka pochodzi z Sephory - podczas sporej wyprzedaży udało mi się kupić 75 ml za 150 zł.



Guerlain, Aqua Allegoria, Pamplelune

kategoria: cytrusowo-aromatyczne
nuty głowy: grejpfrut, bergamotka
nuty serca: liść czarnej porzeczki, neroli, petitgrain
nuty bazy: paczula, wanilia

Po zużyciu wielu odlewek zakupiłam w końcu całą butlę  chyba najbardziej kontrowersyjnej Aqua Allegorii.. Wiele osób porównuje tę wodę do kociego moczu, a ja przecieram oczy ze zdumienia nad tym, jak różnie interpretować można jeden zapach. Dla mnie Pamplelune to zapach gorzkich grejpfrutów, naturalnej paczuli i roztartych w dłoniach porzeczkowych liści. Kojarzy mi się z ogrodem. Muszę też przyznać, że niesamowicie schładza ciało w upały i gdy temperatura sięga powyżej 30 stopni z reguły sięgam właśnie po nią. Ta prześliczna buteleczka dostąpiła też zaszczytu pojechania ze mną na wakacje na Południe Europy i teraz będzie mi się już zawsze bardzo miło kojarzyć. Absolutny letni klasyk! Mój egzemplarz pochodzi z allegro (sprawdzony sprzedawca) i za 75 ml zapłaciłam ok. 180 zł.


Givenchy, Ange ou Demon Le Secret, edp

kategoria: kwiatowe
nuty głowy: cytryna, liść herbaty, żurawina
nuty serca: jaśmin, lilia wodna, piwonia
nuty bazy: białe piżmo, białe drzewa, paczula

Kiedy Słońce chyli się ku Zachodowi, a popołudniowy skwar ustępuje miejsca ciepłemu wieczorowi najchętniej sięgam po cudowne perfumy marki Givenchy. Ange ou Demon Le Secret to zapach świetlisty, przestrzenny, czysty, a do tego bardzo oryginalny i niebanalny. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to jedna z najlepszych interpretacji jaśminu, jaką miałam okazję testować. Jak wiadomo ten piękny kwiat  potrafi niesamowicie męczyć i przyduszać, ale tutaj wybrzmiewa wyjątkowo delikatnie, zwiewnie i świeżo - zapewne dzięki odświeżeniu go zieloną herbatą i cytrusowością. Nie potrafię wyobrazić sobie zapachu, który bardziej pasowałby do wieczornego spaceru brzegiem plaży czy ogrodowej imprezy po zmroku. Moje 100 ml zakupiłam za około 220 zł (perfumeria.pl).


niedziela, 8 marca 2015

Testowanie - luty 2015 - w poszukiwaniu wiosennej czystości

Przygotowania do wiosny czas zacząć! Po chwilowej fascynacji zimowymi, cięższymi brzmieniami postanowiłam odświeżyć moją perfumową garderobę  i poszukać bardziej lekkich, zwiewnych i świeżych zapachów. Zachciało mi się piżma, kwiatów, czystości! Zakupiłam arsenał próbek na allegro i przystąpiłam do testów:


     Na pierwszy ogień poszla Balenciaga Florabotanica. Liczyłam na czysty, chłodny, zielony zapach. Miał być organiczny, prosty i wyjątkowy. Niestety, strasznie się rozczarowałam. Florabotanica brzmiała na mnie zbyt różanie i dosyć pospolicie, nie zauważyłam w tym zapachu nic niezwykłego. 
     Ponieważ moim ukochanym letnim zapachem jest L'eau de Chloe, a ukochanym zimowym w tym roku obwołałam Chloe edp, postanowiłam przetestować więcej perfum tej marki. Roses de Chloe nie powaliły mnie jednak na kolana. Jest to ładny, świeży, różany zapach, ale nie porwał mnie jakoś szczególnie. Dużo ładniejszą, świeższą i oryginalniejszą propozycją w tym typie jest Delicate Rose Trussardi, które to mam już w swojej kolekcji. Do tego zapach Trussardiego ma znacznie lepsze parametry użytkowe niż Chloe, która o dziwo znika ze skóry w ekspresowym tempie. 
     Przetestowałam też Chloe Love, które pachną dla mnie żonkilami i tulipanami. To śliczny i wyjątkowy zapach, ale jednak nie w moim typie. Wydaje się za mało świeży.
     Jeśli chodzi o Chloe, to w perfumerii testowałam też Chloe Love Story, ale zapach strasznie mnie rozczarował. Pachniał dla mnie jak rozwodnione Chloe edp - dosyć ładnie, ale mało oryginalnie.
     Wróciłam ponownie do testów Elie Saab La Parfum. Uwielbiam pierwsze kwiatowo-miodowe nuty tego zapachu, ale niestety dalej już nie jest tak różowo - miód szybko rozpływa się w chemicznych, zbyt mydlanych akordach i zapach nie rozwija się jakoś szczególnie. Niestety, chyba jednak na razie nie zdecyduję się na tę propozycję (szkoda, bo flakon piękny!).


     Nie wiem czemu, ale przez moment wydawało mi się, ze Chanel nr 5 w wersji Eau Premiere mogą okazać się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Niestety, posiadają w sobie charakterystyczną, babciną nutę, która nie do końca do mnie przemawia. Są też zbyt słodkie, a za mało świeże. Jeśli chodzi o Chanel, to zamierzam jeszcze potestować 19 i Cristalle.
     Strzałem w dziesiątkę nie okazała się też nowość Cartiera - La  Panthere. To bardzo ładny, słodki, lekko szyprowy zapach, ale jednak nie do końca jest w moich klimatach, trochę za dużo słodkich owoców psuje mi odbiór całości.
     Po raz kolejny powróciłam do testów Idylle Guerlaina. Tym razem postawiłam na wersję edp. Jest to mocno kwiecisty, kwiaciarniany wręcz zapach, który za pewne strasznie poddusza w cieplejsze dni.  Nie wyobrażam go sobie nosić na co dzień, ale chyba w końcu skuszę się na jakąś małą pojemność na wyjątkowe okazje, bo Idylle pachnie obłędnie.


     Hehe, aresnał próbek Narciso Rodriguez to nie przypadek. Ubzdurałam sobie, że to piżmowe kwiecie powinno być dokładnie tym, czego szukam na wiosnę. Rozpoczęłam testy od bardzo polecanej wody toaletowej NR for her, która okazała się ładnym zapachem, ale ewoluującym w zbyt kremową, zbyt mleczną stronę. NR for her eau de parfum to z kolei brzydszy brat-bliźniak Idylle. Zapachy są bardzo podobne, ale Idylle wydaje mi się bogatszy, bardziej dominujący i jeśli mam wybierać to stawiam na kompozycję Guerlain. NR for her eau the parfum intense jest fajnie podbity wetywerią, chłodniejszy niż edt i edp i byłabym skłonna do zakupu większej ilości, gdyby nie pewien szkopuł - okropnie irytująca nuta w pierwszej fazie. To chyba podduszający, babciny, nieświeży kwiat ylang ylang, który zabił dla mnie już nie jedne perfumy ;). Na koniec przyszła pora na Narciso eau the parfum, które to chyba najbardziej mi podeszły. Są chłodne, męskie, podbite wetywierią. Wydają się czyste i świeże, fizjologiczne i intymne. Od zakupu powstrzymują mnie opinie otoczenia, że pachną jak szare mydło ;) Trochę średnio wydać 200 zł na perfumy, które nie pachną jak perfumy ;) Pożyjemy, zobaczymy...

***

     Jak widzicie, żaden z testowanych zapachów mnie nie olśnił. Póki co najbliższa jestem powrotowi do Daisy Marca Jacobsa, który jest dla mnie zapachem idealnym na wiosnę - świeżym, czystym, kwiatowym, lekko musującym, nie za słodkim, ale i nie za mydlanym. Czemu się jeszcze zastanawiam? W zeszłym roku pozbyłam się flakonu Daisy, bo obraziłam się na jej skandaliczną trwałość i fatalną projekcję... Muszę jeszcze przemyśleć, czy chcę wydać kupę pieniędzy na tak kapryśną Stokrotkę...

wtorek, 27 stycznia 2015

Moje perfumy - zima 2014/2015

Zima, zima, zima. Pada, pada śnieg. Uznałam więc, że to najwyższy czas na obfotografowanie moich zimowych ulubieńców. Zima to jedyna pora roku, kiedy sięgam po naprawdę mocne i słodkie zapachy, których przenigdy nie użyłabym w cieplejszych miesiącach. Jak jednak możecie zauważyć część moich propozycji przez wiele osób jest noszona także latem ;) Cóż, straszny migrenowiec ze mnie i kiedy tylko temperatura przekracza 10 stopni przerzucam się na świeżaczki... Ale póki co mamy -1C, więc z powodzeniem używam moich słodkości. Oto i one:


Gucci Flora by Gucci  Gorgeous Gardenia (edt)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: gruszka, czerwone jagody
nuty serca: plumeria, gardenia
nuty bazy: brązowy cukier, paczula

W praktyce:
Cukier+gruszka+gardenia i to w dokładnie takiej kolejności. Nie mam pojęcia, czemu ten słodziutki, cukierkowy zapach Gucci upchnął w swej świeżakowej serii Flora by Gucci... Mimo wszystko GG nie jest przesłodzona, kwiaty dobrze ją równoważą, a całość nie przeciąża i zostawia miejsce na oddech. Cukier sprawia wrażenie naturalnego, świeżo wyekstraktowanego z trzciny cukrowej, a nie przetworzonego białego proszku, z którego powstaną ciastka ;) Zapach migoce, pulsuje, iskrzy, kojarzy mi się z kwiatkami z ogródka księżniczki. O tak, ma w sobie coś bajkowego. Nie noszę ich jakoś szczególnie często i nie zaliczam do ścisłego topu, ale jednak odkąd zrobiło się zimno i śnieżnie, co kilka dni po nie sięgam i pewnie z przyjemnością zużyję moją setkę do końca. Butelkę kupiłam na allegro od prywatnej osoby i zapłaciłam około 200 zł (był to kilka razy użyty tester).



Lanvin Eclat D'arpege (edp)


W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: liście sycylijskiego krzewu cytryny, zielony bez
nuty serca: wisteria, zielona herbata, kwiat brzoskwini, piwonia, osmantus
nuty bazy: biały cedr, słodkie piżmo, bursztyn

W praktyce:
A to mój zimowy świeżaczek. Pewnie część osób puknie się teraz w głowę - wszak Eclat D'arpege dla większości pewnie będzie idealną propozycją na wiosnę i lato, ale akurat ja używam tych perfum tylko i wyłącznie w zimnych miesiącach. Jest to mój zapach codzienny, noszę go na fitness, na siłownię. Kompozycja z domu mody Lanvin pachnie kwiatami, ale są to zimne, lodowe kwiaty. Mam wrażenie, że rosną na brzegu stawu, omiata je wiatr, a ich główki ledwo wychylają się spod śniegu. Zapach jest niesamowicie przestrzenny, pięknie wybrzmiewa na spoconym ciele, ale też fantastycznie rozwija się w mroźne dni. Myślę, że tak mogłaby pachnieć Królowa Śniegu :) Ciągnie się za mną długim ogonem, ale przez swoją świeżość nie przytłacza i nie dusi. Cudo. Swoją flaszkę dostałam dwa lata temu na Gwiazdkę i z tego co pamiętam pochodziła ze sklepu e-glamour i kosztowała około 120 zł/100ml



Chloe Chloe (edp)


W teorii:
kategoria: orientalno-kwiatowa
nuty głowy: liczi, frezja, piwonia
nuty serca: magnolia, róża, konwalia
nuty bazy: żywica bursztynowa, cedr Virginia

W praktyce:
Chloe trafiła w moje ręce dopiero w tym sezonie i szczerze mówiąc, było to nawet dla mnie wielkie zaskoczenie. Wiecie, że uwielbiam jej młodszą, zieloną siostrę - L'eau de Chloe, ale klasyczna wersja mimo wielu testów jakoś nigdy mi nie podchodziła. Kilka miesięcy temu domówiłam sobie do jakiegoś zamówienia trochę przypadkiem próbkę i... przepadłam. Perfumy te rozwijają się na mnie w cudowną, otulającą, ciepłą kompozycję. Większość kwiatowych perfum jest wręcz lodowata, a Chloe mimo dominujących kwiatowych nut rozgrzewa i zmiękcza. Nie dusi jak niektóre upiorne kwieciuchy nadające się tylko do testów nadgarstkowych ani nie przytłacza i nie dominuje jak klasyczne zimowe killery. Znalazłam w niej tę miodową nutę, której uparcie szukałam całą jesień. Za oknem śnieżyca, mróz i zawierucha, a ja siedzę przy grzejniku z kubkiem ciepłej herbaty i pachnę Chloe - idealnie. Do tego to chyba perfumy, które najdłużej się trzymają mojej skóry. Swoją Chloe kupiłam całkiem niedawno na e-glamout.pl - za 75 ml zapłaciłam około 230 zł.



Thierry Mugler Alien (edp)



W teorii:
kategoria: orientalno-drzewna
nuty głowy: jaśmin
nuty serca: nuty drzewne
nuty bazy: żywica bursztynowa

W praktyce:
Alien zupełnie nie jest w moim stylu, a jednak nie oparłam się jego niewątpliwemu urokowi. Są to perfumy duszne, przytłaczające, dominujące, wgryzające się w ubrania i skórę. Pachną drzewnie, kaszmirowo, kremowo, ale lekko gryząco. Kojarzą mi się z nocą, neonami, swiatłami, wielkim miastem, przepychem, imprezami w fancy klubach. Zdecydowanie jest to mój zapach na wyjścia. Przy użyciu codziennym muszę na Obcego uważać - oj, potrafi wywołać konkretną migrenę użyty w nadmiarze... Mimo to warto mieć takie perfumy w swojej kolekcji - na wyjątkowe okazje :) Mój Alien to prezent świąteczny. Kupiony został w perfumesco.pl za kwotę około 150zł/30 ml.

piątek, 19 września 2014

Kupione - nietrafione część I - YSL Manifesto

"Kobieta zmienną jest" jak mówi znane powiedzenie , a ja dodałabym drugą część "a w szczególności w kwestii perfum" ;) Zapach uznany podczas perfumeryjnych testów za piękny potrafi stać się po kilku godzinach straszydłem, a z perfum, które pięknie leżały na skórze zimą, latem potrafi wyjść jakaś potworna nuta. Do tego każdy zapach ma prawo się zwyczajnie znudzić albo zacząć kojarzyć z jakąś niemiłą sytuacją. W tej serii chciałam Wam przedstawić kilka flakoników, które mimo iż w chwili kupna wydawały się ósmym cudem świata, nie zagrzały długo miejsca w mojej kolekcji ;) Na pierwszy ogień moja największa trauma:

 Yves Saint Laurent - Manifesto 


źródło: wizaż.pl
Moja urzekająca historia z zapachem YSL to sztandarowy przykład, jak NIE należy kupować perfum ;) Któregoś marcowego dnia 2013 roku smętnie włóczyłam się po galerii handlowej z ewidentnie "powypłatowym" portfelem. Cel był prosty -  "coś" sobie kupić. Mierzone tego dnia spodnie  wybitnie na mnie nie leżały, nie chciało mi się zmywać makijażu, by testować podkłady, a nie zwariowałam jeszcze, by kupować sobie dla poprawienia nastroju sprzęt AGD ;) Wybór padł na perfumy. Stanęłam przed uginającym się od uroczych buteleczek krzyczących "weź mnie do domu" regałem w Sephorze i mój wzrok powędrował w pierwszej kolejności w stronę szeroko reklamowanej w tamtym czasie nowości - See by Chloe, która kusiła nie tylko spisem nut, ale i prześlicznym flakonikiem. Psik na bleterek. Mmmm, przyjemny. W tym czasie zdołała dołączyć do mnie wyszminkowana i uprzejma pani-sephorzanka i z uroczym uśmiechem zapytała "Czy pomóc pani wybrać jaki zapach?" "A tak, poproszę. Coś kwiatowo-drzewno-orientalnego". Na kolejny bleterek poleciało Belle d'Opim YSL, potem nasz dzisiejszy bohater - Manifesto. Od niechcenia psiknęłam się jeszcze Seductive Guessa, który gdzieś tam mi świtał w głowie od pewnego czasu, ale wydawał się zbyt waniliowy.

Wyposażona w cztery papierki wypsikane domniemanymi zapachami mojego życia ruszyłam połazić sobie trochę w kółko i zrobić spożywcze zakupy w Almie. Po kilku minutach wygrzebałam z kieszeni pachnące bleterki. Piękno-flakoniaste See pachniały banalnie, podejrzany o waniliowość Guess zrobił się... nieznośnie waniliowy ;), a Belle D'opium pachniały jakoś dziwnie. Wtedy mój nos wwąchał się w Manifesto i doznałam olśnienia. Pysznie soczyste czarne porzeczki uroczo wwiercające się w dymne kadzidło! Czy nie o takim zapachu zawsze marzyłam??? Biegiem do Sephory! Bo jeszcze mi wykupią!!!


"O, wróciła pani. Coś się pani spodobało?" - pani sephorzanka powitała mnie z entuzjazmem. Wskazałam na Manifesto i ekspedientka ochoczo psiknęła mi je na nadgarstek. Przyłożyłam nos i oniemiałam tego dnia po raz drugi! Ależ to piękny zapach! Spełnienie moich snów. "Biorę! Oczywiście, że biorę!" - niemal popędzałam obsługującą mnie dziewczynę. Już przy kasie spytałam jeszcze "A może mi pani powiedzieć, jakie tu są nuty?". "Bergamotka, porzeczka, konwalia, jaśmin, cedr, drzewo sandałowe, wanilia" "WANILIA???" - odezwał się mój instynkt samozachowawczy. "Ojej, ale ja nie lubię wanilii" "Niech się pani nie martwi, bardziej czuć drzewo sandałowe, taki lekki orient". "Aha, to okej". "250zł(30 ml)" "Proszę" "Dziękuję". W prezencie próbka bazy na rozszerzone pory z Sephory (czterdziesta w tym roku, aż tak je widać?) i podkładu dla murzyna ("jak się pani opali latem, będzie idealny"). W tym momencie nadal czułam, że wygrałam na loterii...

Rzeczywistość zaczęła dopadać mnie 5 minut później w tramwaju nr 3, kiedy moje dymne porzeczki na drzewnej bazie zaczęły wypuszczać z siebie smugi wanilii... Coraz mocniej i mocniej. "Ale jak to?" "Przecież pani mówiła, że wanilii nie czuć?" Kiedy dojechałam do domu minę miałam już mocno nietęgą. Trzeba też dodać, że w tym momencie mogłam jeszcze wszystko odkręcić - flakonik spoczywał nietknięty na dnie czarnej papierowej torebki i można było go bez konsekwencji zwrócić. Ale widać wanilia wykazuje właściwości neurodegradacyjne dla mózgu, bo jakby nie dowierzając w to, co się dzieje odfoliowałam kartonik, wyciągnęłam śmieszną flaszkę (gdzież jej tam do Chloe...) i spsikałam się cała od góry do dołu, chcąc sobie udowodnić, że CZUJĘ PORZECZKI CZUJĘ DYM CZUJĘ DRZEWA NIE CZUJĘ WANILII... Bull shit. CZUŁAM JUŻ TYLKO I WYŁĄCZNIE WANILIĘ. I to wanilię najgorszą z możliwych. Płaską, odświeżaczową, przypominającą esencję do ciasta. Laktację mlekiem waniliowym. Zapasy w budyniu. Ble. Fe. Ohyda. Płacz. Zgrzytanie zębów. Gdzie są moje porzeczki? Gdzie moje kadzidło? Gdzie jest moje 250 zł? To musi być zły sen. To nie dzieje się naprawdę...

Poszłam do pracy. Prowadziłam aerobik i kiedy spociłam się, miałam wrażenie, że jedzie ode mnie tą okropna wanilią na kilometr. Spróbowałam jeszcze następnego dnia. Nie dało się tego nosić. Byłam bliska popełnienia samobójstwa, kiedy czułam od siebie ten zapach. Próbowałam oglądać raz po razie boską reklamę Manifesto z cudowną Jessicą Chastain, wmawiając sobie, że chcę być jak ona. Nie. Nie. Nie. Nie chciałam mieć tego obrzydlistwa w swoim domu ani dnia dłużej. Wystawiłam na wymiankę i wymieniłam za pierwszy zaproponowany mi zapach bez wanilii w składzie. Od razu też pobiegłam na pocztę, by wysłać Manifesto jak najdalej w świat. Musiałam też wyprać pościel, bo zapach okazał się mieć mocarną trwałość i projekcję.

Do teraz kiedy czuję kogoś wypsikanego Manifesto, uciekam, a kiedy przy któryś zakupach dostałam próbkę, ze wstrętem wyrzuciłam ją od razu po wyjściu ze sklepu... Dodam jeszcze, że wielokrotnie testowałam potem pozostałe zapachy, wąchane przeze mnie feralnego dnia (z Belle d'Opium nawet zaprzyjaźniłam sie na dłużej) i KAŻDY (nawet uznany za "zbyt waniliowy" Guess) z nich byłby lepszym wyborem niż potworek od YSL. 

A czy Wam zdarzyło się kiedyś kupić aż tak niedopasowane perfumy? ;)








Moje perfumy - lato 2014

Czym pachnie (a raczej pachniało ;)) moje lato? Na pewno nie sezonówkami Escady, "summerami" Calvina Kleina ani nawet nie DG Light Blue. Nie przepadam za zapachami kwiatowo-owocowymi (oczywiście jest kilka wyjątków potwierdzających regułę), nie lubię zbytniej słodyczy w perfumach-kompotach, wonie z kategorii "wodnej" często ewoluują na mojej skórze w zapach podgniłych łodyg (Acqua di Gioia), a składniki takie jak ogórek, melon czy arbuz to zupełnie nie moja bajka. Moje letnie zapachy muszą być orzeźwiające, świeże, subtelne, ale wyczuwalne i niebanalne. Cenię sobie zapachy naturalne, mało chemiczne i dlatego prym wiedzie u mnie niezaprzeczalnie cudowna seria Guerlain - Aqua Allegoria. Lubię cytrusy, ale w wersji gorzkiej, wytrawnej, a najcudowniejszy składnik wakacyjnych pachnideł na upały to dla mnie zielona herbata. Pragnę przedstawić Wam moją wesołą gromadkę, która umilała mi wakacje 2014:

Chloe - L'eau de Chloe (edt)


W teorii:
kategoria: szyprowo-kwiatowa
nuty głowy: cytrusy, grejpfrut, cytron, brzoskwinia
nuty serca: róża, woda różana, fiołek
nuty bazy: żywica bursztynowa, cedr, paczula

W praktyce:
Ktoś kiedyś pięknie opisał ten zapach jako "retro pranie"; nuty gorzkich cytrusów układają się w L'eau de Chloe w świeżą, zieloną kompozycję, bez odrobiny słodyczy, trochę trawiastą, ziołową. W dobie kwiatowo-owocowych kompocików to naprawdę wyjątkowa propozycja na lato i nie każdemu się spodoba, właśnie przez lekką szyprowość, która nadaje jej elegancji i retro charakteru. Idealne do białej, zwiewnej sukienki, kapelusika, sandałków na obcasie. Kojarzy się z czystością. Zapach lekki, rześki, ale z klasą. Buteleczka jest boska. Swoje kupiłam za około 150 zł/100ml na stronie pachnidełko.pl



Guerlain - Aqua Allegoria Mandarine Basilic (edt)

W teorii:
kategoria: cytusowo-aromatyczna
nuty głowy: klementynka, kwiat pomarańczy, bluszcz, zielona herbata, gorzka pomarańcza
nuty serca: piwonia, rumianek, mandarynka, bazylia
nuty bazy: drzewo sandałowe, żywica bursztynowa

W praktyce:
 Dla mnie Mandarine Basilic to najpiękniejszy zapach, jaki kiedykolwiek powstał. Niedojrzała mandarynka wpada w haszcze dzikich ziół, bluszczu i rumianku. Zapach nie jest ani mocno owocowy, ani mocno przyprawowy - twórca  idealnie dobrał proporcje składników tak by zapach był lekki, ale charakterny. Urzeka mnie w nim przede wszystkim naturalność kompozycji - mandarynka to lekko dojrzały owoc spadający z drzewa, a nie słodki sok mandarynkowy, bazylia to delikatnie pachnąca bylina z grządki, a nie przyprawa w bolonese, a rumianek i kwiaty nie pochodzą z bukietu w salonie - ukryte są jeszcze w wysokiej trawie i migocą tylko delikatnie w tle, nie dominując ani przez chwilę. Cudowna kompozycja - orzeźwiająca, ale nie banalna, nie za słodka. Rozkłada mnie ten zapach na łopatki. Kupiłam je w Sephorze w promocji minus 20% za około 200zł/75 ml (obecnie niestety podrożały :()



Guerlain - Aqua Allegoria Flora Nymphea (edt)

W teorii:
kategoria: kwiatowa
nuty głowy: nuty zielone, czerwone jagody
nuty serca: kwiat pomarańczy, jaśminowiec, miód
nuty bazy: piżmo, nuty drzewne

W praktyce:
Flora Nymphea to łąka pełna kwiatów w lipcowe, upalne popołudnie. W dodatku na kwiatach pracują pszczoły, zbierając nektar i produkując miód, słychać ich bzyczenie, a kielichy kwiatów uginają się pod ciężarem owadów. Ta Aqua Allegoria pachnie kwiatami i miodem, ale nie są to kwiaty z wazonu ani miód ze słoika - znów mamy do czynienia z kompozycją naturalną, nieprzesadzoną, żywcem wziętą z letniej łąki. Co ciekawe miód nie osładza zapachu, tylko go wyostrza, nadaje mu charakteru. Z kwiatowymi zapachami bywa różnie - wiele kompozycji z białych kwiatów dusi i wywołuje migreny natomiast kwiaty użyte we Florze Nymphea nie mają tych właściwości - są one mocne, charakterne, ale nie przytłaczające. Uwielbiam latem nosić na sobie całą łąkę od Guerlain :) Zapach niestety jest już wycofany, ale nadal można zdobyć go w internecie. Mój dostałam w prezencie na urodziny - pochodził ze strony iperfumy.pl i kosztował około 150zł/125ml






Trussardi - Donna (edp)


W teorii:
kategoria: orientalno-kwiatowe
nuty głowy: cytryna Amalfi, yuzu, nuty owocowe
nuty serca: jaśmin, kwiat afrykańskiej pomarańczy, lotos
nuty bazy: drzewo sandałowe, paczula, wanilia, cedr Virginia

W praktyce:
Donna to zapach najmniej "mój" z wyżej wymienionych. Kojarzy mi się z plażą, słońcem, morzem, tropikami, kolorowymi drinkami pitymi przez panie w bikini, z zapachem rozgrzanej skóry. Tworzą go egzotyczne owoce i orientalne kwiaty skąpane w waniliowo-sandałowej bazie. Zapach jest otulający, lekko kremowy, cielesny. Nie lubię wanilii w perfumach, ale ta tutaj jest mało spożywcza, mało budyniowa, podkreśla jedynie piękno egzotycznej mieszanki, nie dominując. Użyłabym tego zapachu podczas egzotycznych wakacji, a także na wieczorne imprezy na plaży, przy zachodzącym słońcu i chilloutowej muzyce. Jest lekko słodki, ale nie duszący. Donnę kupiłam na allegro od prywatnego użytkownika i zapłaciłam około 120 zł/50 ml z niewielkim ubytkiem.







W przyszłe wakacje na pewno do kolekcji dołączy jeszcze jeden zapach z serii Aqua Allegoria - mówię o figowym Limon Verde. Zużyłam kilka próbek i muszę przyznać, że perfumy te są piękne i bardzo oryginalne. Ale cóż - więcej o nich... za rok ;)