niedziela, 8 marca 2015

Testowanie - luty 2015 - w poszukiwaniu wiosennej czystości

Przygotowania do wiosny czas zacząć! Po chwilowej fascynacji zimowymi, cięższymi brzmieniami postanowiłam odświeżyć moją perfumową garderobę  i poszukać bardziej lekkich, zwiewnych i świeżych zapachów. Zachciało mi się piżma, kwiatów, czystości! Zakupiłam arsenał próbek na allegro i przystąpiłam do testów:


     Na pierwszy ogień poszla Balenciaga Florabotanica. Liczyłam na czysty, chłodny, zielony zapach. Miał być organiczny, prosty i wyjątkowy. Niestety, strasznie się rozczarowałam. Florabotanica brzmiała na mnie zbyt różanie i dosyć pospolicie, nie zauważyłam w tym zapachu nic niezwykłego. 
     Ponieważ moim ukochanym letnim zapachem jest L'eau de Chloe, a ukochanym zimowym w tym roku obwołałam Chloe edp, postanowiłam przetestować więcej perfum tej marki. Roses de Chloe nie powaliły mnie jednak na kolana. Jest to ładny, świeży, różany zapach, ale nie porwał mnie jakoś szczególnie. Dużo ładniejszą, świeższą i oryginalniejszą propozycją w tym typie jest Delicate Rose Trussardi, które to mam już w swojej kolekcji. Do tego zapach Trussardiego ma znacznie lepsze parametry użytkowe niż Chloe, która o dziwo znika ze skóry w ekspresowym tempie. 
     Przetestowałam też Chloe Love, które pachną dla mnie żonkilami i tulipanami. To śliczny i wyjątkowy zapach, ale jednak nie w moim typie. Wydaje się za mało świeży.
     Jeśli chodzi o Chloe, to w perfumerii testowałam też Chloe Love Story, ale zapach strasznie mnie rozczarował. Pachniał dla mnie jak rozwodnione Chloe edp - dosyć ładnie, ale mało oryginalnie.
     Wróciłam ponownie do testów Elie Saab La Parfum. Uwielbiam pierwsze kwiatowo-miodowe nuty tego zapachu, ale niestety dalej już nie jest tak różowo - miód szybko rozpływa się w chemicznych, zbyt mydlanych akordach i zapach nie rozwija się jakoś szczególnie. Niestety, chyba jednak na razie nie zdecyduję się na tę propozycję (szkoda, bo flakon piękny!).


     Nie wiem czemu, ale przez moment wydawało mi się, ze Chanel nr 5 w wersji Eau Premiere mogą okazać się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Niestety, posiadają w sobie charakterystyczną, babciną nutę, która nie do końca do mnie przemawia. Są też zbyt słodkie, a za mało świeże. Jeśli chodzi o Chanel, to zamierzam jeszcze potestować 19 i Cristalle.
     Strzałem w dziesiątkę nie okazała się też nowość Cartiera - La  Panthere. To bardzo ładny, słodki, lekko szyprowy zapach, ale jednak nie do końca jest w moich klimatach, trochę za dużo słodkich owoców psuje mi odbiór całości.
     Po raz kolejny powróciłam do testów Idylle Guerlaina. Tym razem postawiłam na wersję edp. Jest to mocno kwiecisty, kwiaciarniany wręcz zapach, który za pewne strasznie poddusza w cieplejsze dni.  Nie wyobrażam go sobie nosić na co dzień, ale chyba w końcu skuszę się na jakąś małą pojemność na wyjątkowe okazje, bo Idylle pachnie obłędnie.


     Hehe, aresnał próbek Narciso Rodriguez to nie przypadek. Ubzdurałam sobie, że to piżmowe kwiecie powinno być dokładnie tym, czego szukam na wiosnę. Rozpoczęłam testy od bardzo polecanej wody toaletowej NR for her, która okazała się ładnym zapachem, ale ewoluującym w zbyt kremową, zbyt mleczną stronę. NR for her eau de parfum to z kolei brzydszy brat-bliźniak Idylle. Zapachy są bardzo podobne, ale Idylle wydaje mi się bogatszy, bardziej dominujący i jeśli mam wybierać to stawiam na kompozycję Guerlain. NR for her eau the parfum intense jest fajnie podbity wetywerią, chłodniejszy niż edt i edp i byłabym skłonna do zakupu większej ilości, gdyby nie pewien szkopuł - okropnie irytująca nuta w pierwszej fazie. To chyba podduszający, babciny, nieświeży kwiat ylang ylang, który zabił dla mnie już nie jedne perfumy ;). Na koniec przyszła pora na Narciso eau the parfum, które to chyba najbardziej mi podeszły. Są chłodne, męskie, podbite wetywierią. Wydają się czyste i świeże, fizjologiczne i intymne. Od zakupu powstrzymują mnie opinie otoczenia, że pachną jak szare mydło ;) Trochę średnio wydać 200 zł na perfumy, które nie pachną jak perfumy ;) Pożyjemy, zobaczymy...

***

     Jak widzicie, żaden z testowanych zapachów mnie nie olśnił. Póki co najbliższa jestem powrotowi do Daisy Marca Jacobsa, który jest dla mnie zapachem idealnym na wiosnę - świeżym, czystym, kwiatowym, lekko musującym, nie za słodkim, ale i nie za mydlanym. Czemu się jeszcze zastanawiam? W zeszłym roku pozbyłam się flakonu Daisy, bo obraziłam się na jej skandaliczną trwałość i fatalną projekcję... Muszę jeszcze przemyśleć, czy chcę wydać kupę pieniędzy na tak kapryśną Stokrotkę...

wtorek, 27 stycznia 2015

Moje perfumy - zima 2014/2015

Zima, zima, zima. Pada, pada śnieg. Uznałam więc, że to najwyższy czas na obfotografowanie moich zimowych ulubieńców. Zima to jedyna pora roku, kiedy sięgam po naprawdę mocne i słodkie zapachy, których przenigdy nie użyłabym w cieplejszych miesiącach. Jak jednak możecie zauważyć część moich propozycji przez wiele osób jest noszona także latem ;) Cóż, straszny migrenowiec ze mnie i kiedy tylko temperatura przekracza 10 stopni przerzucam się na świeżaczki... Ale póki co mamy -1C, więc z powodzeniem używam moich słodkości. Oto i one:


Gucci Flora by Gucci  Gorgeous Gardenia (edt)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: gruszka, czerwone jagody
nuty serca: plumeria, gardenia
nuty bazy: brązowy cukier, paczula

W praktyce:
Cukier+gruszka+gardenia i to w dokładnie takiej kolejności. Nie mam pojęcia, czemu ten słodziutki, cukierkowy zapach Gucci upchnął w swej świeżakowej serii Flora by Gucci... Mimo wszystko GG nie jest przesłodzona, kwiaty dobrze ją równoważą, a całość nie przeciąża i zostawia miejsce na oddech. Cukier sprawia wrażenie naturalnego, świeżo wyekstraktowanego z trzciny cukrowej, a nie przetworzonego białego proszku, z którego powstaną ciastka ;) Zapach migoce, pulsuje, iskrzy, kojarzy mi się z kwiatkami z ogródka księżniczki. O tak, ma w sobie coś bajkowego. Nie noszę ich jakoś szczególnie często i nie zaliczam do ścisłego topu, ale jednak odkąd zrobiło się zimno i śnieżnie, co kilka dni po nie sięgam i pewnie z przyjemnością zużyję moją setkę do końca. Butelkę kupiłam na allegro od prywatnej osoby i zapłaciłam około 200 zł (był to kilka razy użyty tester).



Lanvin Eclat D'arpege (edp)


W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: liście sycylijskiego krzewu cytryny, zielony bez
nuty serca: wisteria, zielona herbata, kwiat brzoskwini, piwonia, osmantus
nuty bazy: biały cedr, słodkie piżmo, bursztyn

W praktyce:
A to mój zimowy świeżaczek. Pewnie część osób puknie się teraz w głowę - wszak Eclat D'arpege dla większości pewnie będzie idealną propozycją na wiosnę i lato, ale akurat ja używam tych perfum tylko i wyłącznie w zimnych miesiącach. Jest to mój zapach codzienny, noszę go na fitness, na siłownię. Kompozycja z domu mody Lanvin pachnie kwiatami, ale są to zimne, lodowe kwiaty. Mam wrażenie, że rosną na brzegu stawu, omiata je wiatr, a ich główki ledwo wychylają się spod śniegu. Zapach jest niesamowicie przestrzenny, pięknie wybrzmiewa na spoconym ciele, ale też fantastycznie rozwija się w mroźne dni. Myślę, że tak mogłaby pachnieć Królowa Śniegu :) Ciągnie się za mną długim ogonem, ale przez swoją świeżość nie przytłacza i nie dusi. Cudo. Swoją flaszkę dostałam dwa lata temu na Gwiazdkę i z tego co pamiętam pochodziła ze sklepu e-glamour i kosztowała około 120 zł/100ml



Chloe Chloe (edp)


W teorii:
kategoria: orientalno-kwiatowa
nuty głowy: liczi, frezja, piwonia
nuty serca: magnolia, róża, konwalia
nuty bazy: żywica bursztynowa, cedr Virginia

W praktyce:
Chloe trafiła w moje ręce dopiero w tym sezonie i szczerze mówiąc, było to nawet dla mnie wielkie zaskoczenie. Wiecie, że uwielbiam jej młodszą, zieloną siostrę - L'eau de Chloe, ale klasyczna wersja mimo wielu testów jakoś nigdy mi nie podchodziła. Kilka miesięcy temu domówiłam sobie do jakiegoś zamówienia trochę przypadkiem próbkę i... przepadłam. Perfumy te rozwijają się na mnie w cudowną, otulającą, ciepłą kompozycję. Większość kwiatowych perfum jest wręcz lodowata, a Chloe mimo dominujących kwiatowych nut rozgrzewa i zmiękcza. Nie dusi jak niektóre upiorne kwieciuchy nadające się tylko do testów nadgarstkowych ani nie przytłacza i nie dominuje jak klasyczne zimowe killery. Znalazłam w niej tę miodową nutę, której uparcie szukałam całą jesień. Za oknem śnieżyca, mróz i zawierucha, a ja siedzę przy grzejniku z kubkiem ciepłej herbaty i pachnę Chloe - idealnie. Do tego to chyba perfumy, które najdłużej się trzymają mojej skóry. Swoją Chloe kupiłam całkiem niedawno na e-glamout.pl - za 75 ml zapłaciłam około 230 zł.



Thierry Mugler Alien (edp)



W teorii:
kategoria: orientalno-drzewna
nuty głowy: jaśmin
nuty serca: nuty drzewne
nuty bazy: żywica bursztynowa

W praktyce:
Alien zupełnie nie jest w moim stylu, a jednak nie oparłam się jego niewątpliwemu urokowi. Są to perfumy duszne, przytłaczające, dominujące, wgryzające się w ubrania i skórę. Pachną drzewnie, kaszmirowo, kremowo, ale lekko gryząco. Kojarzą mi się z nocą, neonami, swiatłami, wielkim miastem, przepychem, imprezami w fancy klubach. Zdecydowanie jest to mój zapach na wyjścia. Przy użyciu codziennym muszę na Obcego uważać - oj, potrafi wywołać konkretną migrenę użyty w nadmiarze... Mimo to warto mieć takie perfumy w swojej kolekcji - na wyjątkowe okazje :) Mój Alien to prezent świąteczny. Kupiony został w perfumesco.pl za kwotę około 150zł/30 ml.

piątek, 26 grudnia 2014

A czym pachną Wasze Święta?

U mnie w tym roku króluje Alien :) Miałam go podczas Wigilii, podczas Świąt, a teraz zabieram na poświąteczną wycieczkę do Pragi. Ciepły, otulający, charakterystyczny. Idealnie oddaje magię zimowych wieczorów iskrzących się od śniegu. Chcę nadać wspomnieniom ten zapach :)




czwartek, 4 grudnia 2014

Love-hate relationship czyli perfumowe rozstania i powroty ;) cz. I Amethyst Lalique

Zaciągniecie się jakimś zapachem, myślicie o nim dzień i noc, śnicie o nim, każdą wolną chwilę spędzacie na wyobrażaniu sobie flakonu na półeczce. Przerzucanie się na jedzenie chleba z margaryną, wmawiacie sobie, że wcale nie potrzebujecie nowego płaszcza na zimę (wszak stary ma dopiero pięć lat ;)), wrzucacie  oszczędzone złotówki skrupulatnie do świnki i wreszcie... jest!!! Upragniony, ukochany, wyśniony zapach pojawia się w Waszej kolekji. Mija kilka tygodni/dni/godzin i nagle zdajecie sobie sprawę, że to nie to. Książe z bajki okazał się żabą i trzeba się go pozbyć w przyspieszonym tempie ;) Znacie to? Na pewno, dzień jak co dzień z życia  perfumoholika ;). Ale czy zdarza się Wam, tak jak mi, po czasie zatęsknić za "żabami" i i zdecydować się na przeprosiny i ponowny zakup? W pierwszej części cyklu "Love-hate" przedstawiam Wam iście telenowelowe przeprawy z:

Amethyst Lalique


     Kilka lat temu, kiedy czytałam recenzje i opisy słynnego zapachu z domu Lalique, byłam pewna, że z tego musi być miłość :) Zdobyłam na allegro małą odleweczkę, powąchałam i... no niestety. Nie czułam żadnych  pożądanych przez mój nos  owoców leśnych, ani pięknych róży i piwonii... Odnotowąłam tylko i wyłącznie pieprz. Użyłam odlewki może raz i szybko się z nią pożegnałam, wpisując Amethyst w rubrykę "Nie dla mnie". 
     Parę miesięcy później, przy okazji jakiejś wizażowej rozbiórki pojawiła się opcja dołożenia do zamówienia  kilku mililitrów Amethystu i stwierdziłam - czemu nie ;) Bez zbytniego entuzjazmu psiknęłam troszkę na nadgarstek i ... oniemiałam ;) W trybie przyspieszonym poleciałam do kompa i zamówiłam od razu z grubej rury całą setkę! Tym razem faktycznie czułam woń mokrych, leśnych jagód, połączoną z majestatycznymi kwiatami - cud nad cudami! Przez kilka dni chodziłam totalnie zamroczona pięknym zapachem, będąc pewna, że to perfumy mojego życia. Rzeczywistość dopadła mnie po jakimś tygodniu w tramwaju. Było wtedy wyjątkowo duszno, bolała mnie głowa, a piżmowa baza Lalique ułożyła się na mnie jakoś wyjątkowo chemicznie, sztucznie i przytłaczająco. Potem ilekroć psikałam się Amethystem, wychodziły na wierzch właśnie te plastikowe, płaskie tony. Nie mogłam tego znieść. Flaszka poszła na allegro ze zużyciem może dwóch mililitrów, a odlewkę oddałam mamie ;)
     Wiele miesięcy później poczułam Amethyst właśnie od mojej mamy. Pachniał cudownie - owocowo, mokro, tajemniczo, bardzo przestrzennie. Poprosiłam ją, by użyczyła mi kilku kropel - i znów zostałam trafiona. Musiałam mieć je ponownie! Zaczęłam przeglądać oferty i okazało się, że mogę je dostać w jakiejś hiper-super-promocji za 80 zł/50 ml. Tym sposobem ponownie stałam się właścicielką uroczej fioletowej buteleczki :)
     Nie noszę ich zbyt często, ale jak widzicie zużycie jest juz widoczne. Uważam też, że na mojej mamie pachną sto razy lepiej niż na mnie (tak świeżo i naturalnie!!! wielkie zazdro!!!), ale na pewno więcej się ich nie pozbędę. Weszły do mojej stałej kolekcji i są jej ważnym elementem, jako jeden z nielicznych przedstawicieli kategorii kwiatowo-owocowej w moich zbiorach.

A Wy znacie/lubicie ten zapach? A może macie podobne przeprawy z perfumami? W kolejnej części opowiem Wam o romansie z Parisienne YSL :)




sobota, 15 listopada 2014

Testowanie - październik 2014 - w poszukiwaniu zimowych ocieplaczy

Ależ mam problem ze znalezieniem dla siebie odpowiednich perfum na sezon zimowy! Szukanie letnich świeżaków idzie mi zdecydowanie łatwiej. Ma to chyba związek z tym, że nie lubię za słodkich zapachów, drażni mnie zbytnia kremowość i niecierpię wanilii, która często umieszczona jest w bazie zapachów cięższych i cieplejszych. Dziś chcę pokazać Wam, co testowałam w minionym miesiącu:


Jak pisałam w zeszłym miesiącu, uwzięłam się na znalezienie zimowego zapachu opartego na miodzie. Dorwałam wreszcie próbkę mojego teoretycznego ideału - Gucci by Gucci marki Gucci. Pierwsze nuty to dokładnie zapach, którego szukam - ciepły, nieulepny, drzewny miód, ale niestety po dosłownie kilku minutach ustępują one  sztucznej słodyczy i idą w zupełnie niepożądanym przeze mnie kierunku chemiczności, tracąc miodowy charakter. Są też wyjątkowo nietrwałe i miałam wrażenie, że po godzinie nie ma już po nich śladu... Kiedy testowałam je w Douglasie zwalałam to na stary tester, ale niestety, zamówiona przeze mnie fabryczna próbka zachowywała się identycznie. Cóż, nie-mój ci on...

Zamówiłam też próbkę Guerlain L'instant edp, perfum których nie mogłam odnaleźć w perfumeriach, a od dawna chodziły mi po głowie. Niestety, zgodnie z przewidywaniami, wanilia bierze w nich zdecydowanie górę nad miodem i otrzymujemy zapach typowo ciasteczkowy, spożywczy. W dodatku zawiera w sobie jakąś nieznośną retro nutę w stylu "starej baby", która tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Oczekiwałam po Guerlain wiecznej trwałości, a co ciekawe po 3-4 godzinach po zapachu nie zostało ani śladu. Hmm, przedziwne. 

W kwestii miodowości testowałam też w Douglasie słynne zapachy Estee Lauder - Sensuous i Sensuous Noir. Pierwszy niczym szczególnym mnie nie zachwycił, bardzo szybko uleciał z mojej skóry, a drugi - z którym wiązałam wielkie nadzieje - pachniał mi jak kostka do toalety o zapachu leśnym :/

Szukając drzewnego, niewaniliowego otulenia sięgnęłam po Black XS L'exces marki Paco Rabanne. Zapach ten miał być słodki, ale w orientalno-drzewny sposób, a okazał się niestety pachnieć jak jeden wielki, ciągnący się, roztopiony cukierek. Nie jest brzydki - myślę, że znajdzie wiele  zwolenniczek, ale dla mnie okazał się zbyt płaski, jednostajny i męczący. Dosyć miło wącha się go z nadgarstka, ale po jednorazowym rozpyleniu globalnym mam go dosyć na wiele miesięcy. Od tej słodyczy aż bolą zęby :)

Od wielu miesięcy posiadam 5 ml odlewkę L'Elixiru, skrytą w czeluściach mojej szafki, gdzieś na dnie pudełeczka z próbkami. Odkopuję ją zazwyczaj, gdy Superpharm obwieści światu o jakiejś mega promocji na zapachy Niny Ricci (a zdarza się to cyklicznie). Cena kusi, jabłuszkowy flakonik nęci i oczami wyobraźni dostrzegam już to cudeńko zdobiące moją toaletkę, psikam więc z próbki, wącham i ... nie, jednak nie. Odlewka wraca na dno szuflady ;) Nina Ricci to dla mnie zapach szarlotki z plastrem cytryny. Ciepły, przyjemny, otulający, ale nie dominujący. Ciasteczkowa słodycz przełamana jest owocowa świeżością przez co zapach nie męczy i nie dusi. Jest dziewczęcy, filuterny, zalotny. Mogę nosić ten zapach bez bólu, ale pachnie na mój gust za bardzo spożywczo, a za mało "perfumowo", dlatego nie widzę dla niego miejsca w mojej kolekcji.

Tak samo chętnie jak jabłuszko Niny Ricci, przygarnęłabym jakiś strojny flakon perfum Lolity Lempicki. Klasyczna Lolita jest jednak dla mnie zbyt waniliowa, a L de Lolita - zbyt ciasteczkowa. Po przeczytaniu pochwalnych recenzji na fragrantice postanowiłam w tym sezonie potestować "koniczynkę" czyli zapach Si Lolita. Skusił mnie brak wanilii i żywicze nuty. Niestety, podobnie jak w przypadku Sensuous Noir testy nasunęły mi skojarzenia leśnym z odświeżaczem powietrza. Poza tym zapach jest dosyć zimny, mało otulający i płaski, nieciekawy. A szkoda, bo flakon cudny i cena kusząca ;)



Ostatnim testowanym zapachem była Flora by Gucci. Nie wiązałam z nią żadnych nadziei - po prostu opłacało mi się przy zamówieniu domówić dodatkowe próbki dla tańszej wysyłki ;) Bez bólu zużyłam jednak całą fioleczkę. Flora to zapach ciepły, kwiatowo-słodki, przyjemny, niedrażniący, nienachalny. Myślę, że to taki bezpieczny biurowy zapach, który nie wzbudzi kontrowersji. Dla mnie jednak jest zbyt pospolity i nie ma w sobie "tego czegoś", co pchnęłoby mnie do zakupów.

wtorek, 21 października 2014

Kupione-nietrafione część II - Guerlain Idylle edt i Marc Jacobs Daisy edt

Historii tak traumatycznych, jak ta z Manifesto, na szczęście nie mam więcej na koncie (póki co ;)), ale oczywiście bez problemu potrafię w pamięci znaleźć kilka zapachów, które nie do końca spełniły moje oczekiwania i pozbyłam się ich z kolekcji na dłuuuugo przed końcem buteleczki. Dziś chciałam opowiedzieć Wam o perfumach, które usunęłam ze swoich zbiorów, ale nadal uważam je za wyjątkowo ładne i udane:

Guerlain Idylle edt

Moja przygoda z Idylle pokazuje, że nie zawsze pięknie pachnące perfumy sprawdzają się do noszenia na codzień. Idylle często wąchałam i testowałam w perfumeriach, ale głównie na nadgarstku - miałam przeświadczenie, że zawierają w sobie tyle kwiatów, iż mogą mnie przyduszać użyte globalnie. Pewnego dnia trafiłam jednak w Superpharm na niezłą promocję na ten zapach - 35 ml za 130 zł. To wystarczyło, bym bez żadnych wątpliwości sięgnęła do portfela i wróciła do domu z uroczym flakonikiem. Konwalie, bzy, róże, jaśmin, piwonie - najpiękniej pachnące kwiaty zamknięte w jednej buteleczce okazały się mieszanką iście zabójczą. Zapach był cudowny, ale strasznie zimny i smutny, czułam się jakbym nosiła na szyi ciężki wieniec pogrzebowy. Nie mogłam odmówić Idylle wyjątkowej urody, ale nie pasowały do mnie zupełnie. Czułam się przytłoczona, zdominowana, postarzona o 20 lat i po kilku tygodniach prób oswojenia się z nimi (na zdjęciu czerwoną kreską oznaczyłam zużycie) zdecydowałam się wymienić flakonik na Tresor in Love Lancome. Nadal z pełnym przekonaniem twierdzę, że perfumy Guerlain to o niebo lepsza i bardziej klasowa kompozycja niż zapach Lancome, ale jednak ten drugi noszę na sobie swobodniej, nie czując jego ciężaru. Ta przygoda pokazała mi, że zapachy, które cudownie brzmią wąchane z flakonika niekoniecznie sprawdząją się przy noszeniu globalnym. Mimo wszystko, kiedy widzę w perfumerii Idylle w okazyjnej cenie muszę się powstrzymywać, by nie kupić ich ponownie. Myślę, że kiedyś nie wytrzymam i dzieło Thierry'ego Wassera zagości u mnie ponownie - tym razem jako pachnidło do wąchania z nadgarstka do snu...


Marc Jacobs Daisy edt

źródło: alejka.pl
Czy jest na świecie ktoś nie uległ urokowi flakonu Stokrotki Marca Jacobsa? Nie mogę jednak powiedzieć, że kupiłam Daisy pochopnie. Swego czasu zużyłam całą 10 ml odlewkę - zapach bardzo mi się podobał, ale już wtedy zauważyłam, że ma szalenie słaba projekcję i szybko przestaje być wyczuwalny. Minionej wiosny, kiedy buszowałam po portalach perfumowych w poszukiwaniu czegoś lekkiego i miłego na cieplejsze dni, moja uwaga znów skupiła się na dziele Marca Jacobsa. Testowałam wtedy też dosyć intensywnie L'eau de Chloe i to między tymi dwoma pachnidłami rozegrała się finałowa walka o miejsce na mojej toaletce. Wspomnienie lekko słodkich, niezupełnie dojrzałych truskawek z letniej łąki, skrytych w liściach fiołka i skąpanych w przyjemnym, mydlanym piżmie wygrało jednak z retro świeżością Chloe i kliknęłam na allegro flaszkę Daisy 100 ml za około 200 zł. Zapach okazał się taki, jakim go zapamiętałam  - lekki i delikatny, ale z czasem ta delikatność zaczęła mnie drażnić. Zazwyczaj wybaczam perfumom przyskórną projekcję - jestem egoistką i wystarczy mi, że ja je czuję, w nosie mam otoczenie ;), ale w przypadku Stokrotki po kilkunastu minutach nawet wwąchując się w swoją skórę nie rozpoznawałam ani śladu truskawkowej woni :( Zapach zupełnie nie chciał ze mną współpracować i ulatniał się z mojego ciała z prędkością światła. Nie pomagało psikanie się hurtowymi ilościami, aplikowanie zapachu na wazelinę, liczne dokładki w ciągu dnia - Daisy nie chciała być moja. W końcu niepocieszona sprzedałam flakon i zdecydowałam się na Chloe. Mam nadzieję, że osoba, które je kupiła ma mniej kapryśną skórę od mojej i stokrotka na niej rozkwitnie ;) Mimo tych przejść z zapachem Marca Jacobsa tęsknię czasem za nim  i niewykluczone, że uraczę się kiedyś jakąś śliczną miniaturką ;)


Napiszcie, jeśli macie na swoim koncie podobne historie ;) Zostawiacie w swoich kolekcjach perfumy, które nie są do końca Wasze albo są szalenie nietrwałe czy pozbywacie się ich na rzecz innych chciejstw?


poniedziałek, 13 października 2014

Moje perfumy - jesień 2014

Jesienią lubię nosić perfumy smutne, kojarzące się z nostalgią, pozbawione słodyczy i zdecydowanie wyraźniejsze niż letnie. Wybieram zapachy, które fantastycznie wybrzmiewają w wilgotnym powietrzu, w deszczu. Mogę ich spokojnie używać w innych porach roku, ale to jesienią brzmią najbogaciej i najpełniej. Oto moja ukochana czwórka:



 Lalique Amethyst (edp)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-owocowa
nuty głowy: czarna porzeczka, jagoda, jeżyna, morwa, truskawka
nuty serca: piwonia, pieprz, ylang ylang, róża
nuty bazy: piżmo, wanilia, nuty drzewne

W praktyce:
Jedne z nielicznych ciekawych perfum w kategorii kwiatowo-owocowej. Muszę jednak przyznać, że z tym zapachem łączy mnie relacja typu love-hate, bo kilkukrotnie wyzbywałam się w popłochu jego odlewek lub flaszek, by za kilka miesięsy wracać doń z podkulonym ogonem. Amethyst rozpoczyna się potężnym uderzeniem leśnym owoców, które stopniowo łagodnieją podbite różą i piwonią, by na koniec zatonąć w drzewno-piżmowej bazie. Perfumy te przywodzą na myśl wilgotne, leśne knieje i muszę przyznać, że są bardzo oryginalne i niepowtarzalne. W ogóle uważam, iż Lalique tworzy piękne i niebanalne zapachy i warto je poznać bliżej. Obecną flaszkę nabyłam w super promocji w sklepie merlin.pl - za 50 ml zapłaciłam około 80 zł.




Salvatore Ferragamo Attimo (edp)

W teorii:
kategoria: kwiatowe
nuty głowy: lotos, gruszka
nuty serca: piwonia, plumeria, gardenia
nuty bazy: cedr Virginia, paczula, piżmo

W praktyce:
Attimo  to kwintesencja słowa "kwiatowy". Lubię kwiatowe perfumy, bo z reguły są wytrawne, pozbawione słodkości, jednak wiele kompozycji z tej kategorii potrafi dusić i mdlić poprzez nadmiar białych kwiatów.  Perfumy Ferragamo na szczęście pozbawione zostały dusznych  akordów jaśminu, lilii czy tuberozy, a twórca w zamian oparł kompozycję na ostrej, charakternej gardenii. Gardenia jest zdecydowanie królową w Attimo, ale wdzięcznie wtórują jej lotos i piwonia, wzbogacając zapach. Perfumy te są niezwykle eleganckie i pasują na formalne okazje, ale wspaniale sprawdzają się też na co dzień. Szczególnie lubię je nosić w chłodne, ale słoneczne dni. Moje 30 ml nabyłam na promocji w Sephorze za 129 zł. 




Yves Saint Laurent Parisienne (edp)

W teorii:
kategoria: kwiatowo-drzewno-piżmowe
nuty głowy: żurawina, winyl, jeżyna
nuty serca: róża damasceńska, piwonia, fiołek
nuty bazy: paczula, drzewo sandałowe, wetyweria, piżmo

W praktyce:
Parisienne to dla mnie perfumy, które nosić mogę tylko i wyłącznie w jesienne, deszczowe, zamglone dni. Kiedy jest za ciepło albo za słonecznie brzmią dla mnie za ostro i za sztucznie, kiedy natomiast temperatura spada do koło 5-10 stopni, a powietrze przesycone jest wilgocią perfumy Yves Saint Laurent układają się przepięknie... W pierwszych akordach wybrzmiewają mokrymi, zgniecionymi czerwonymi owocami, które stopniowo przechodzą w wonne piwonie i róże. Całość jest oryginalna i dosyć ostra - chyba przez tajemniczy akord winylu. Niekiedy Parisienne zaczynają dymić, niczym palone jesienią kolorowe liście. Mimo iż są to perfumy słodkie, wydają się szalenie smutne. Kojarzą mi się z utraconą miłością, przedwcześnie zakończonym romansem, czymś, co trwało krótko i bezpowrotnie minęło. Uwielbiam jesień za to, że tak pięknie daje rozwijać się Paryżance... I ten boski flakon... Zakupiłam je za około 200 zł/90 ml w perfumerii wystawiającej towar na allegro.



Aura Loewe (edp)

W teorii:
kategoria: orientalno-kwiatowe
nuty głowy: różowy pieprz, czerwona porzeczka, liście fiołka, bergamotka
nuty serca: jaśmin, narcyz, irys, róża
nuty bazy: cedr, malina, drzewo sandałowe, skóra

W praktyce:
Aura Loewe to mój najnowszy nabytek. Zapach wybrzmiewa przede wszystkim suchą różą wymieszaną z charakternym pieprzem, a całość zbudowana jest na drzewnej, otulającej bazie. Perfumy te są lekko kremowe, ocieplające, ale w granicach, jakie akceptuję. Ogrzeją mnie w zimne popołudnia, ale nie zdominują, nie przyduszą. Pachną przyskórnie i  bardzo intymnie. Uwielbiam je nosić w deszczowe, chłodne dni. Są bardzo trwałe. Posiadam tester 80 ml, który zakupiłam w internetowej perfumerii Paco Parfum Company za 165 zł.




Szczerze mówiąc, kiedy uzupełniłam zapasy jesiennych zapachów, nie mogłam doczekać się końca lata. U mnie zdecydowanie wybór perfum zależy od pory roku. A jak jest u Was? Też kierujecie się pogodą czy raczej okazją i nastrojem? :)